Afganistan bez czasu przyszłego. Opowieść Abdula


„Mimo że było to dla mnie bardzo trudne, po przedyskutowaniu wszystkiego z moimi przyjaciółmi, zdecydowałem się na wyjazd do Europy drogą przemytników. Wiedziałem, że dopiero w Europie moje życie ma szansę zacząć się naprawdę. Tam nie ma tak, że uczysz się do egzaminu z pustym żołądkiem, bo jedzenia po prostu nie ma. Przypominały mi się te wszystkie noce, które spędziłem przy świetle świecy, studiując podręczniki. Gdy rano budziłem się nad książkami, na całym ciele miałem tak dużo ukąszeń komarów, że  geografia mojej twarzy była zmieniona przez bąble, które na niej wyrosły. Chce mi się prawie śmiać na samo wspomnienie. To nie są prawdziwe problemy. Prawdziwe problemy to zamachy samobójcze, bomby, niesprawiedliwość, niepewność i głód. I od tego chciałem uciec”. Oto historia Abdula, który postanowił postawić wszystko na jedną kartę i opuścić Afganistan.

Nazywam się Abdul Basit, jestem lekarzem z Afganistanu. 

Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ale poświęciłem o wiele za dużo, żeby osiągnąć to, co osiągnąłem. Studiowałem, odbywałem staż w Szpitalu Centralnym w prowincji Nangarhar, przygotowując się jednocześnie do egzaminu specjalizacyjnego, uczyłem w instytucie medycznym na pół etatu. Godziłem wiele obowiązków, żeby wykształcić się na dobrego lekarza i wspomagać finansowo moich najbliższych.

Impuls

Moja rodzina jest duża: mam siedem sióstr i dwóch braci. Ojciec jest na emeryturze. Matka traciła już nadzieję na poprawę naszej sytuacji finansowej, dlatego musiałem zrobić wszystko, by zapewnić im odpowiednie wsparcie. Liczyła na mnie, wiem o tym. Gdy tata zachorował i wydatki na jego leczenie wzrosły, podwoiłem wysiłki w szukaniu lepszej pracy. W końcu moja mama też podupadła na zdrowiu. 

Dni mijały, a lepszej pracy jak nie było, tak nie było. Wtedy zdarzyła się tragedia, która zaważyła na decyzji o moim wyjeździe z Afganistanu: mój wujek, który uzyskał doktorat w Ameryce i był ortopedą, zginął w zamachu bombowym. W jego samochodzie podłożono ładunek wybuchowy.

Wuj od zawsze służył uczciwie innym ludziom, a mimo to w jednej chwili całe jego życie zostało unicestwione. Jego rodzina została bez męża i ojca.

Świadomość, że każdego dnia może zginąć bliska ci osoba i nie można być pewnym, czy wróci się cało do domu, sprawiła, że przestałem myśleć o Afganistanie w czasie przyszłym. Nie było żadnego „będę lekarzem”; było jedynie „będę skazany na walkę o życie każdego dnia”. Stawało się też jasne, że tylko praca za granicą pozwoli mi utrzymać moją rodzinę. 

Jednak wyjazd z Afganistanu to nie jest teraz taka prosta sprawa. Urzędy paszportowe są regularnie zamykane z różnych powodów. Kiedyś za legalnie wyrobiony dokument trzeba było zapłacić ok. 100 dolarów. Chcesz dostać paszport dzisiaj? Musisz zapłacić od 400 do 800 dolarów na czarnym rynku. Mało kogo stać na taki wydatek.

Przemytnik

Mimo że było to dla mnie bardzo trudne, po przedyskutowaniu wszystkiego z moimi przyjaciółmi, zdecydowałem się na wyjazd do Europy drogą przemytników. Wiedziałem, że dopiero w Europie moje życie ma szansę zacząć się naprawdę. Tam nie ma tak, że uczysz się do egzaminu z pustym żołądkiem, bo jedzenia po prostu nie ma. Przypominały mi się te wszystkie noce, które spędziłem przy świetle świecy, studiując podręczniki. Gdy rano budziłem się nad książkami, na całym ciele miałem tak dużo ukąszeń komarów, że  geografia mojej twarzy była zmieniona przez bąble, które na niej wyrosły. Chce mi się prawie śmiać na samo wspomnienie. To nie są prawdziwe problemy. Prawdziwe problemy to zamachy samobójcze, bomby, niesprawiedliwość, niepewność i głód. I od tego chciałem uciec. 

Znalazłem przemytnika. Kazał mi uzbroić się w cierpliwość, bo obmyślanie trasy miało mu zająć trochę czasu. Do tego musiał być ostrożny, żeby nasze plany nie wyszły na jaw.

Bagaż ma być lekki

W końcu opuściliśmy Dżalalabad i udaliśmy się do prowincji Nimroz, która znajduje się na południowym zachodzie Afganistanu. Jest to jedyna prowincja, która graniczy z Pakistanem i Iranem. W podróży towarzyszyło nam kilka osób, w tym czterech nieletnich chłopców w wieku od 12 do 15 lat.

Przemytnik powiedział, że należy zabrać ze sobą jedzenie, wodę i tylko najpotrzebniejsze rzeczy, bo bagaż powinien być lekki. Zabrałem ze sobą wodę i czekoladę, antybiotyki, leki antyhistaminowe, środki przeciwbólowe i multiwitaminę, bo słyszałem, że na szlaku przemytników wszystko może się zdarzyć. 

Któregoś dnia szliśmy przez wielką równinę. Przemytnik mówił tylko w kółko „dojdziemy, dojdziemy”, ale droga się wydłużała. Nastolatkowie podróżujący z nami nie czuli się dobrze. Stan dwóch chłopców był krytyczny. Podczas tej przeprawy zmarli. Byliśmy zdruzgotani, ale przemytnik powiedział, że na szlaku nie ma czasu na opłakiwanie zmarłych. Musieliśmy iść dalej.

Po wielu dniach dotarliśmy wreszcie do Iranu. Wiedzieliśmy, że tamtejsze władze są znane ze złego traktowania uchodźców i uchodźczyń, i że musimy być ostrożni w ujawnianiu swojego pochodzenia. 

Praca po 18 godzin

Przed wznowieniem naszej podróży musieliśmy przez jakiś czas zostać w Iranie. Chciałem szybko podjąć jakąś pracę, żeby nie wylądować na ulicy. W grę wchodziła tylko robota na czarnym rynku, bo za zatrudnienie uchodźcy, który przedostał się do kraju szlakiem przemytników, pracodawcy groziła kara finansowa. W końcu znalazłem fabrykę, gdzie mimo wątpliwości zgodzili się mnie zatrudnić. Mój przełożony nie był zachwycony, że jestem uchodźcą, ale przyjął mnie, pod warunkiem, że pierwsze trzy miesiące przepracuję za darmo, na wypadek, gdyby moje pochodzenie wyszło na jaw i gdyby musiał zapłacić karę.

Po trzech miesiącach zacząłem zarabiać, ale codziennie pracowałem po 18 godzin. Byłem wrakiem człowieka. Irańczycy wychodzili z fabryki normalnie, po 8 godzinach, i zarabiali więcej ode mnie.

Nie traktowano mnie tam dobrze. Miałem wrażenie, że wszyscy nienawidzą Afgańczyków. Byłem poniżany i wyzywany, tylko dlatego, że pochodzę z innego kraju. Dlatego jestem dziś uprzedzony wobec Irańczyków.

Żebym mógł podróżować dalej do Europy, moja rodzina musiała sprzedać ziemię mojemu wujowi, który wysłał mi za nią pieniądze. Przekazałem je kolejnemu przemytnikowi. Grupa, która tym razem się uformowała, liczyła 15 osób, w tym kobiety i dzieci. 

Nowy etap podróży

Czekaliśmy, aż zejdzie mgła, żebyśmy mogli wyjechać z Iranu niezauważeni. Udało nam się przedostać do małego domku w lesie; tam czekaliśmy na sygnał przemytnika. W końcu doczekaliśmy się mglistego poranka i ruszyliśmy górskim szlakiem w stronę granicy z Turcją. Na szlaku leżało dużo śniegu i wszędzie było biało i mgliście, nie było nic widać. W podróży towarzyszyła nam afgańska rodzina z trójką dzieci: mężczyzna miał przywiązanego na klatce piersiowej synka, drugie dziecko dla bezpieczeństwa trzymała lina na wysokości jego pasa. Jego żona szła za nimi powoli z malutkim dzieckiem na rękach. Wtedy wydarzyła się tragedia, która wraca do mnie w koszmarach.

Kobieta poślizgnęła się i wypuściła niemowlę z rąk. Spadło w przepaść. 

Matka natychmiast rzuciła się za nim, mimo krzyków przemytnika, że i ona sama zaraz zginie. „Już za późno! Musimy iść dalej” – wołał. Ale kobieta nie dawała za wygraną, próbując zejść do miejsca, gdzie leżało dziecko. Przewoźnik był wściekły i powiedział, że nie będzie czekał na zrozpaczoną rodzinę. Poszliśmy dalej, zostawiając ich na szlaku. 

W Turcji nastąpił koniec naszej podróży. Tydzień po naszym przybyciu usłyszeliśmy wieści o rodzinie zostawionej w górach: kobieta i jej dziecko zmarli. Ojca i pozostałych synów na szczęście odnaleziono i zabrano do irańskiego szpitala. Mężczyzna stracił jednak nogę i został wysłany z powrotem do Afganistanu. Wiedziałem, że nie ma do czego wracać, bo przed ucieczką sprzedał swój dom i wszystko, co miał. 

Te wydarzenia miały na mnie druzgocący wpływ. Czułem się jak idiota. Czy tak trudno osiągnąć marzenia o zwyczajnym życiu? Nie luksusowym, pełnym bogactw. Zwyczajnym, z pracą, za którą można utrzymać rodzinę. Wyglądałem po tej podróży jak gruźlik, sama skóra i kości. 

To tylko gra

Na oparach marzeń o życiu w Europie próbowałem dostać się potem do Grecji. Byłem tak blisko… Złapała mnie jednak policja i odesłała do Turcji. Tam przetrzymywano mnie dwa miesiące w więzieniu i bito. Musiałem się ratować i uciekłem do Iranu. Po drodze złamałem rękę. W irańskim szpitalu znowu złapała mnie policja, która, tak samo jak turecka, nie okazała mi litości. Razem z innymi osobami byłem torturowany.

W końcu odesłano mnie do Afganistanu. Ale to nic. Ta podróż nie poszła na marne ani nie była błędem. Była tylko grą, w której przegrałem. Następnym razem wygram. Ktoś może powiedzieć, że jestem szalony, ale jeśli stawką jest wyrwanie się z miejsca, gdzie codziennie giną ludzie, trzeba próbować dalej. To gra nie tylko o moje szczęście, ale o szczęście całej mojej rodziny. Urodziłem się podczas wojny, w której brali udział mój ojciec i dziadek. W Afganistanie nigdy nie ma pokoju. Życie w tym kraju zabija cię sto razy dziennie, odbierając ci wszystko, co kochasz.

Nie poddam się. Ruszę jeszcze raz, legalnie. Teraz szukam stypendium albo wizy pracowniczej, by pomóc mojej rodzinie.

Lemar Elyassi – uchodźczyni z Afganistanu, która mieszka dzisiaj w Polsce. Chce być lekarką.

***

Tekst opublikowany w ramach projektu Migration & Media współfinansowanego ze środków Humanity in Action oraz Landecker Foundation.

Tłumaczenie: Katarzyna Makarowicz.




Najnowsze publikacje