,

Elif Shafak o „wewnętrznym haremie”. Recenzja „Czarnego mleka”

Elif Shafak o „wewnętrznym haremie”. Recenzja „Czarnego mleka”

Kobiety, depresja, literatura, sufizm, Turcja, feminizm, role społeczne, zmiany nazwiska. Wreszcie, my sami. Czy to wszystko może się zmieścić w jednej książce? Nieprawdopodobne, a jednak, odpowiedź brzmi: tak. A wszystko dzięki talentowi Elif Shafak, tureckiej pisarki, której książki są tłumaczone na kilkadziesiąt języków. Shafak jak zwykle nie zawodzi. Oto „Czarne mleko”.

Muszę być szczera. Uwielbiam Shafak, uwielbiam jej książki: „Bękarta ze Stambułu”, „10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie”. W dodatku w nowych wydaniach Wydawnictwa Poznańskiego, których okładkami zawsze się zachwycam. Gdy dowiedziałam się, że pojawi się kolejna książka Shafak nakładem tego wydawnictwa, postanowiłam, że przeczytam ją w ciemno. 

Nie wiedziałam o czym jest książka, byłam bardzo podekscytowana i pewna, że to coś wspaniałego. Kolejna powieść Elif, którą przeczytam w trzy wieczory. Kiedy „Czarne mleko” faktycznie trafiło w moje ręce, ekscytacja nie malała. Trzymałam książkę w dłoniach, podziwiałam okładkę i przekręciłam ją, aby przeczytać opis. Wtedy czar prysł. 

„Łamiąca macierzyńskie tabu opowieść o dojrzewaniu do bycia matki”. Nie, nie tego chciałam i nie tego się spodziewałam. Książka o macierzyństwie to ostatnie, co chcę czytać. Tyle na nią czekałam, zamiast tego rozczarowanie. „To Shafak, nie będzie tak źle” – pomyślałam. Stwierdziłam, że trudno, muszę dać radę i chociaż spróbować. Najwyżej „wyleczę się” z mojego uwielbienia do książek Elif Shafak. Tak się jednak nie stało.

Nie bójcie się „Czarnego mleka”

„Czarne mleko” pozytywnie mnie zaskoczyło. Ta książka to coś zupełnie innego. „Ta książka została napisana nie tylko dla matek, które przeżyły lub przeżyją podobną depresję, ale dla wszystkich: dla mężczyzn i kobiet, dla osób samotnych i małżeństw, dla rodziców i dzieci, dla pisarzy i czytelników, którzy czasami nie radzą sobie w życiu z mnogością ról do odegrania i obowiązków do spełnienia” – pisze Elif Shafak we wstępie. I to prawda. Ale nie bójcie się. „Czarnego mleka” nie czyta się jak motywacyjnej gadki w słabym poradniku.

Odnoszę wrażenie, że książki Shafak zawsze muszą spełnić trzy warunki: jest sufizm, obraz Turcji i silna postać. Tym razem tym mocnym charakterem i główną bohaterką jest jednak sama autorka. Shafak, która postanowiła, że na własny ślub nie założy sukni ślubnej, bo nigdy nie ubiera się na biało. Nie lubi białego koloru, nie siądzie też na przykład na białej sofie. Shafak, dla której książki były najlepszymi przyjaciółkami i które, jak sama mówi, ją ocaliły. Zaczęła tworzyć w wieku ośmiu lat w turkusowym notesie od matki. 

Bohaterką jest pisarka, która bała się, że nie pogodzi pisania, czyli całego swojego życia, z macierzyństwem i milionem ról, które przypisuje się kobietom. Elif, która nieustannie wędruje i w związku z tym nigdy nie przywiązywała uwagi do miejsc i przedmiotów, a jedyną stałą rzeczą dla niej była stara torba podróżna. Którą denerwowało, że od kobiet oczekuje się przyjęcia nazwiska najpierw rodziny ojca, a potem męża i która nie rozumiała, dlaczego dorastając bez ojca, miała nazywać się tak, jak on. Elif postanowiła zmienić nazwisko i nazwać się na nowo. Şafak to imię jej matki, świt. Postanowiła, że od teraz właśnie tak będzie się nazywać. 

Elif Shafak w Turcji, Urvashi Butalia w Indiach. Poznaj inne feministki spoza świata zachodniego >>>

Poznajemy pisarkę, która odkrywa swoją drogę do wiary i duchowości i która zapałała miłością do sufizmu i poezji Rumiego, XIII-wiecznego mistyka, teologa islamskiego oraz założyciela bractwa „wirujących derwiszy”, mających znaczący wpływ na jej twórczość oraz podejście do życie. „Sufi wierzą, że każda ludzka istota jest lustrem, w którym odbija się cały wszechświat. Twierdzą, że każdy z nas to chodzący mikrokosmos. A zatem być człowiekiem, znaczy żyć w orkiestrze niewspółbrzmiących ze sobą dźwięków i mieszanych uczuć”. Autorka także wyznaje tę zasadę.

Poznajemy Elif Shafak, pisarkę, która przez swoją książkę miała sprawę w sądzie za „obrazę tureckości” w książce „Bękart ze Stambułu”, gdzie poruszyła kwestię zagłady Ormian i przemocy oraz gwałtu. I wreszcie matkę, która zmagała się z depresją poporodową.

Teraz jestem bliżej tego, co dzieje się w głowie Elif Shafak. Poznaję jej, jak określa to sama pisarka, „wewnętrzny harem”. Tak, jak opowiada Shafak, w jej wnętrzu żyje kilka miniaturowych kobiet, które mają sprzeczne poglądy dotyczące wielu spraw w jej życiu. „Każda twierdzi, że jest prawdziwą mną, a zatem inne postrzega jako rywalki. Czują do siebie taki wstręt, że wydrapałyby sobie oczy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Są siostrami z krwi i kości, lecz funkcjonują zgodnie z zasadami kodeksu prawnego sułtana Mehmeda II Zdobywcy”. Tego samego, który zalegalizował bratobójstwo w Imperium Osmańskim. Sprzeczne głosy w swoim wnętrzu autorka nazywa właśnie „wewnętrznym haremem”.

Zadziwiła mnie uniwersalność opowieści Elif Shafak o samej sobie. To książka o feminizmie, dorastaniu w patriarchalnym społeczeństwie, wreszcie wewnętrznej walce, którą wszyscy toczymy sami ze sobą, rolach i normach społecznych, które nadal nad nami ciążą. Pióro Shafak sprawiło, że autorka jednak pięknie ubrała to w słowa.

Wschód i Zachód

Jak zawsze Elif zabiera nas też w podróż do Turcji, ale w wyrafinowany sposób. Opowiada o tym, jak Turczynki ze starszego pokolenia wierzą, że najbliżsi nie powinni odstępować kobiety przez czterdzieści dni od porodu, bo jeśli zostawią ją choćby na chwilę, mogą narazić młodą matkę na ataki dżina. 

Dzięki niej widzimy stambulskie krajobrazy, handlarzy, dywany, fajki, Wielki Bazar, turystów popijających herbatę, dzieci, które dokarmiają koty. Miasto sprzeczności. „To widzę, gdy rozglądam się po Stambule. Gdy patrzę [na siebie – dop. red.], widzę kobietę rozdartą wewnętrznie częściowo skierowaną na Wschód, a częściowo na Zachód. Kobietę, która kocha świat wyobraźni bardziej od rzeczywistego; która rok po roku traciła energię na bezsensowne paradoksy, nieodpowiednie związki, uczucia błędnie brane za miłość; która wciąż nie uporała się z cierpieniem towarzyszącym dorastaniu bez ojca; która boi się, że Bogu może wcale na niej nie zależeć i która jest szczęśliwa i spełniona tylko wtedy, gdy pisze powieść”.

Co ciekawe, Elif Shafak w swojej książce przybliża nam historie innych znanych pisarek i ich podejścia do macierzyństwa i ról społecznych. Od Sylvii Plath, Louisy May Alcott, Jane Austen po J.K.Rowling, Virginię Woolf. Poznajemy też żonę Lwa Tołstoja, Zofię, która odegrała kluczową rolę w sukcesie męża. Przez długi czas Zofia była postrzegana wyłącznie jako matka i żona. Jej wkład w literackie dziedzictwo męża był ignorowany, a nawet deprecjonowany. Dopiero od niedawna zaczynamy dostrzegać jej inne oblicze: autorki dzienników, intelektualistki i kobiety interesu. Możemy doceniać ją jako utalentowaną kobietę o wielu zdolnościach i niespełnionych marzeniach. Jej ambicje i młodość nie podobały się jednak Tołstojowi. Choć pokładał wielkie nadzieje w rodzinnym życiu i to żona pomogła mu w odniesieniu sukcesu, zmarł w samotności.

Nie znałam historii Zofii. A w „Czarnym mleku” sylwetek wyjątkowych kobiet z historii jest znacznie więcej. Wybitnych i najbardziej poczytnych pisarek, które w przeciwieństwie do mężczyzn, zawsze będą przede wszystkim odbierane jako kobiety. 

Spotkanie z Shafak

Wreszcie czytamy o tym, że autorka w końcu odnalazła wewnętrzny spokój. „Powietrze przesycał zapach jaśminu, a niebo nad Bosforem było bardzo jasne, niemal bezbarwne. Nagle ogarnął mnie spokój, uświadomiłam sobie, że wszystko jest i zawsze było w porządku. Jak powiedział Rumi, noc zawiera dzień. Możemy zacząć życie od nowa w każdej chwili i w każdym miejscu”. I że depresja, wewnętrzna walka są normalne, nie są powodem do wstydu, a my po prostu musimy pozwolić im być. Że nie powinniśmy bać się prosić o pomoc. Bo miniaturowe kobiety we wnętrzu Shafak mogą żyć razem. Nie muszą zgadzać się we wszystkim, ale uczą się koegzystencji. Bo istnieją tylko wtedy, gdy są razem. Bo wtedy jesteśmy sobą.

Nie jest to moja ulubiona książka Shafak. Daję jej 7/10. Ale jest jedyna w swoim rodzaju. Czuję się, jakbym poznała autorkę. Po lekturze jej książki odczuwam jakiś rodzaj wewnętrznego spokoju. Cieszę się, że przeczytałam „Czarne mleko”. Drogie i drodzy, Wy też czytajcie!

Recenzja powstała przy współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

fot. Julia Parkot.




Najnowsze publikacje