Gniazda szerszeni na pograniczu

Marta Szymanderska-Pastryk


„Robienie w traumie” – tak Marta Szymanderska-Pastryk, managerka zespołu działań interwencyjnych na granicy polsko-białoruskiej, określa pracę aktywistów na Podlasiu. Na naszych łamach tłumaczy krok po kroku, jakie nowe określenia trzeba opanować, by zorientować się w słowniku pogranicza

„Wolontariuszki i wolontariusze przyjeżdżający, by pomagać, często odczuwają silną potrzebą działania. A czasem jest tak, że akurat podczas kilku dni ich pobytu nie będziemy mieli żadnego wezwania i prośby o interwencję. Siedzimy i czekamy. To też jest obciążające. Czujesz w sobie rosnące napięcie, a moment upustu nie nadchodzi. Jedni wówczas pracują zdalnie, inni robią porządki w bazie czy magazynach, przygotowują pakiety potrzebne na interwencje. 

Każda z baz organizacji pomocowych wygląda inaczej. To często najzwyklejszy dom. Wydaje mi się, że służby skupiają swoje obecne działania wokół wybranych rejonów, których pilnują. Jest na przykład miejsce, które nazywamy „gniazdem szerszeni”. To właśnie jedno z tych, w którym roi się od Policji i Straży Granicznej. Jeśli dostajemy stamtąd wezwanie, praktycznie nie ma szans, by udzielić pomocy osobie z doświadczeniem uchodźstwa. Z drugiej strony są też miejsca, których służby pilnują słabiej.

Puszcza Knyszyńska i Augustowska dużo łatwiejsza niż Białowieska

Jak wygląda interwencja w lesie? Każdy teren ma swoją specyfikę i dyktuje sposób działania w jego obrębie. Działania pomocowe, które przeprowadzamy w Puszczy Białowieskiej, są zupełnie inne – dużo trudniejsze niż w Puszczy Knyszyńskiej czy Augustowskiej – ze względu na charakterystyczny, trudny teren. Bagna i puszcza. Powalone drzewa i brak zasięgu. Jeździłam tam wielokrotnie. Pamiętam, jak powoli się tam porusza. Czasem przejście dwustu metrów zajmuje godzinę. 

Jeździmy przeważnie w trzy-, czteroosobowych grupach. Wcześniej umawiamy się z tłumaczami lub tłumaczkami, którzy wspierają nas przez telefon.

Jadąc na wezwanie, staramy się wybadać, jakim językiem dana grupa czy osoba się posługuje. Jedno z nas kieruje. Taka osoba często nie opuszcza samochodu. Po dotarciu na miejsce odjeżdża, by nie przykuwać uwagi. Istnieje pewna hierarchia, ale decyzje podejmujemy wspólnie. Jeśli nie ma czasu na dyskusję albo gdy prowadzi ona do niezgody, ostateczną decyzję ma zawsze najbardziej doświadczona osoba. Bierzemy ze sobą ubrania, ciepłe jedzenie, napoje, wodę, plecak medyczny, śpiwory czy karimaty. Bierzemy prowiant dla siebie i poręczne kamery, by w razie kontaktu ze służbami, nagrywać ich działania. Dla własnego bezpieczeństwa. Mamy też noktowizję, termowizję, GPS i pełnomocnictwa – podpisane przez osoby uchodźcze, pozwalają nam na reprezentowanie ich przed organami administracyjnymi, gdy te ubiegają się o ochronę międzynarodową w Polsce. 

Słuchanie potrzeb

Spotykamy bardzo różne osoby, nie pytamy ich o sprawy osobiste, ale domyślnie nie dajemy im nic, co zawiera wieprzowinę, żeby nie urazić muzułmanów. Zaczęliśmy na to zwracać uwagę na samym początku i po prostu tego nie robimy, bo ułatwia nam to pracę w momencie gdy dana osoba wieprzowiny nie je.

Jeśli nie zgadzasz się na nieludzkie traktowanie osób uchodźczych przez polskie służby, wesprzyj finansowo Grupę Granica – nieformalną inicjatywę powstałą w odpowiedzi na kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej. GG niesie pomoc humanitarną, prawną i medyczną oraz monitoruje przestrzeganie praw człowieka. Możesz im w tym pomóc, dokonując zakupu w Sklepie Bez Granic, o którym pisaliśmy na naszych łamach.

Niektóre kobiety noszą chusty, bądź się zasłaniają albo dają znać, by ich nie opatrywać przy mężczyznach. Wtedy jakakolwiek pomoc medyczna zapewnia kobieta, z dala od oczu mężczyzn, co oczywiście nie jest w lesie proste. Mężczyźni z kolei nie zawsze chcą, by opatrywała ich kobieta albo nie chcą się przy nas przebierać. Staramy się to brać to pod uwagę. Mieć ze sobą sprzęt, który pomoże nam w osłonięciu uchodźcy czy uchodźczyni przed oczami reszty. Niektóre grupy mają specjalne namiociki, których do tego używają. Nie zawsze natomiast wśród nas jest mężczyzna lub, rzadziej – bo generalnie na Podlasiu pomocy udziela więcej kobiet niż mężczyzn – kobieta. W takich sytuacjach musimy sobie radzić, z szacunkiem i spokojem tłumaczymy sytuację, nie naciskamy. Jeśli problem medyczny jest poważny, tłumaczymy, jakie mogą nastąpić powikłania przez brak opatrzenia lub staramy się zorganizować odpowiednie wsparcie. 

Każdy angażuje się inaczej

Gdy w końcu odnajdujemy grupę, która długo czekała na pomoc, czuje się jakiś rodzaj radości, że już się dotarło i nie trzeba dalej szukać. Grupy te z kolei na naszą pomoc reagują na różne sposoby. Czasem jest szczęście, czasem nieufność. Pamiętam grupę, która bardzo bała się wezwać pomoc. Uchodźcy i uchodźczynie nigdy nie wiedzą, kto jest po drugiej stronie telefonu. To były młode chłopaki. Jeden z nich wyszedł do nas, widocznie nas sprawdzał. W końcu poczuł, że rzeczywiście może nam zaufać i zaprowadził nas do reszty grupy. Nieustannie przepraszał podczas samej interwencji. Przepraszał, że przeszedł przez granicę w nieuregulowany sposób. Często nie pamiętam szczegółów interwencji, a ta zapadła mi głęboko w pamięć. 

Przypominam sobie też strach, który czasem towarzyszy wyjazdom do lasu. Czasem podchodziłam do osób z sercem w gardle, nie wiedząc, czy w ogóle żyją. Wydaje mi się, że każda osoba działająca na granicy przeżyła taką interwencję, w którą angażuje się trochę bardziej. Dla posiadających dzieci to często akcje, podczas których trzeba pomóc najmłodszym. Dla mnie taką interwencją była ta, podczas której zostałam pełnomocniczką klienta. Zaangażowałam się emocjonalnie. Spędziłam z tym uchodźcą dużo czasu, a on bardzo dokładnie opowiedział mi swoją historię. Byłam też przy składaniu przez niego odpowiednich wniosków o azyl. Dokładnie pamiętam moment, kiedy postanowił, że może mi zaufać. 

Słownik pogranicza

Nie zawsze jednak udaje nam się dotrzeć. Niekiedy trzeba zdecydować o rezygnacji. Przyznać się, że nie damy rady iść dalej, mimo że wydawało się, że jesteśmy blisko. Gdy interwencja znajduje się na skraju naszego bezpieczeństwa i sensu, musimy wybrać powrót. Nie da się pomóc za wszelką cenę. To osoby interweniujące na miejscu podejmują decyzje. Zawsze musi być zgoda całej grupy. Staram się powtarzać nowym osobom, nawet jeśli jadą na interwencję pierwszy raz, by zadawały pytania i wyrażały sprzeciw, jeśli z czymś się nie zgadzają. Bo konsekwencje naszych decyzji mogą być bardzo trudne do przyjęcia. Wyobrażam sobie skrajną sytuację, w której nasze działania mogą doprowadzić do wywózki. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego zawsze przewidzieć. Choć ostatecznie możemy pośrednio czuć się odpowiedzialni za czyjąś śmierć.

Zdarza się, że grupie wolontariuszy i wolontariuszek nie udaje się dojść do porozumienia. Nic zaskakującego, bo każda osoba reaguje inaczej na podbramkowe sytuacje. Dobrze, że mamy wsparcie psychologiczne. Widzę zachodzące we mnie zmiany, ale myślę, że nie jestem jeszcze w pełni świadoma ich wpływu na moją psychikę. Na przykład łatwiej jest mi dogadać się z ludźmi, którzy mają doświadczenia z granicy podobne do moich. Jest między nami pewna nić porozumienia. Posługujemy się przy sobie żartami, których byśmy nie powiedzieli przy osobie, która nie rozumie, że jest to jakiś obronny system radzenia sobie.

„Robienie w traumie” – takie określenie na nasze działania kiedyś usłyszałam od jednej ze współpracujących ze mną osób. Po „turze”, jak nazywamy nasze trzydobowe „zmiany” na granicy, można odezwać się do psycholożki i skonsultować z nią swoje odczucia. Nasz żargon jest bardziej rozbudowany. Na przykład większość baz, które są przy granicy, ma swoje imiona. Nazywamy też swoje samochody. Część z nas na osoby przechodzące przez granicę mówią „osoby klienckie”. Ja tego nie stosuję, ale niektórzy nazywają je „mordkami”.

Wielkanoc w lesie, Wielkanoc w domu

Myślę, że bardzo ważne jest stawianie granic, gdy niesie się pomoc. Nie wiem, czy potrafię jeszcze to robić, ale bardzo się staram. Tylko wtedy niesione przez nas wsparcie nie naraża innych czy nas samych. Miałam jechać na granicę na Wielkanoc, ale zamieniłam się, by móc spędzić święta z rodziną. W lesie spędziłam poprzednią Wielkanoc. Bardzo się cieszę, że postawiłam tę granicę. Gdy przestałam jeździć z początkową intensywnością, zaczęłam borykać się z wyrzutami sumienia. Zwłaszcza gdy patrzyłam na osoby, które działają nieprzerwanie. Czasem jest mi po prostu głupio.

Gdybym miała powiedzieć coś sobie z sierpnia 2021 roku, kiedy rozpoczęłam działania przy kryzysie humanitarnym na polsko-białoruskiej granicy, poradziłabym sobie, by prosić o pomoc. Długo pilnowałam wszystkiego samodzielnie: zajmuję się koordynacją przygranicznych działań Fundacji Ocalenie, dbam o dostępność zasobów rzeczowych i ludzkich, by były możliwe. Teraz gdy o tym myślę, niepytanie o pomoc było nieodpowiednie. Dziś działamy w grupie, silniej i lepiej.  

Czy jestem z siebie dumna? Nie wiem. Nie umiem chyba tego przyznać. Jestem „zadowolona” z niektórych rzeczy. Wypracowaliśmy całkiem profesjonalny system z zupełnego chaosu. Tworzymy instrukcje i procedury działań. Z tego jestem zadowolona. Może kiedyś pojawi się też duma”. 

***

Marta Szymanderska-Pastryk – managerka zespołu działań interwencyjnych na granicy polsko-białoruskiej, na granicy aktywna od sierpnia 2021 roku. Ma duże doświadczenie w bezpośredniej pomocy humanitarnej na granicy jak i „na zapleczu” – organizacji pomocy rzeczowej, w przygotowaniu i prowadzeniu szkoleń oraz tworzeniu procedur dla osób udzielających pomocy na granicy, monitoringu granicy itp. Tematyką migracji i pomocy humanitarnej interesuje się od wielu lat. Ukończyła socjologię stosowaną i antropologię społeczną oraz podyplomowe studia z pomocy humanitarnej na Uniwersytecie Warszawskim, obecnie studiuje iranistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Elias Smurzyński – student iranistyki i prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Fan prawa karnego, boksu tajskiego i dziennikarstwa gonzo.

Jako Salam Lab jesteśmy częścią wyjątkowego grantu i projektu edukacyjnego EMPATHY (Let’s Empower, Participate and Teach Each Other to Hype Empathy. Challenging discourse about Islam and Muslims in Poland), który zakłada kompleksowe i intersekcjonalne podejście do przeciwdziałania islamofobii w Polsce. Więcej na jego temat przeczytasz na naszej stronie salamlab.pl/empathy.

Projekt jest dofinansowany przez Unię Europejską. Wyrażone poglądy i opinie są jednak wyłącznie poglądami autora_ki lub autorów i nie muszą odzwierciedlać tych zamieszczonych w przepisach Unii Europejskiej lub Komisji Europejskiej. Unia Europejska oraz organ udzielający wsparcia nie mogą ponosić za nie odpowiedzialności.




Najnowsze publikacje