,

Granica: najtrudniejsza emocja


Kryzys humanitarny na pograniczu polsko-białoruskim – kryzys, który wciąż się toczy – wyciągnął na światło dzienne najtrudniejszą emocję. Nie jest nią gniew na władze łamiące prawa osób migrujących, traktowanych z niespotykaną w Polsce nikczemnością i okrucieństwem. Emocja ta nie jest smutkiem, który pojawia się za każdym razem, gdy słyszy się o niepotrzebnej śmierci osób w lesie. O cierpieniu tych, którzy idą – niezależnie od powodów – po lepsze życie.

Ta najtrudniejsza emocja, a może po prostu stan umysłu, to bezradność. Wynika z faktycznej bezsilności wobec krótkowzroczności i cynizmu polskich oraz unijnych polityków. Także – z samotności. Przecież ostatecznie na granicy działa tak niewiele osób, często zupełnie przypadkowych. Bezsilność wynika też z braku sił i możliwości, by przemyśleć systemowe środki zaradcze. Jak powstrzymać białoruskiego dyktatora? Jak skłonić polskie władze do zaprzestania procederu wyrzucania ludzi do lasu, na tortury łukaszenkowskich siepaczy? A to przecież tylko element układanki pod nazwą „światowe ruchy migracyjne”, która, obok katastrofy klimatycznej, jest największym wyzwaniem XXI wieku.

Co łączy migracje, granice i kolonializm? Dowiedz się >>>

głosy nadziei

Żyjąc w tym stanie umysłu od miesięcy, starając się nie poddać, nie „wyuczyć” tej bezradności, łaknę głosów wsparcia i normalności. Jednym z nich jest ostatni numer miesięcznika „Znak” z fantastycznym, dosadnym i krótkim słowem wstępu autorstwa Dominiki Kozłowskiej. To głos rozsądku, nawołujący do działań na rzecz budowania systemowych rozwiązań dotyczących polityki migracyjnej. Z drugiej strony w jej słowach nie ma nic z postawy wycofującej się i patrzącej z dystansu strażniczki moralności. Postawy typowej dla wielu liberalnych środowisk w Polsce i UE, wolących z tej pozycji oceniać rasistowskie przemowy i działania prawicowych populistów. Postawy dającej co najwyżej „świadectwo cierpieniu”.

Głos Dominiki nie jest jednak osamotniony. Głos europosła i lekarza z Lampedusy Pietro Bartolo czy reportaż Izy Klementowskiej (które znajdziecie w numerze), to teksty dobitnie pokazujące, że nie jesteśmy skazani na bezradność. „Tylko razem możemy sprawić, że twarz wrogości, którą Europa pokazuje teraz, stanie się w końcu twarzą ludzką” – mówi Bartolo. W tekście Klementowskiej zaś znajdziemy głosy samych uchodźców. Głos Hamida dziwiącego się, że w imię „obrony granic” nie pomagamy ludziom, „którzy są tak słabi, że nie potrafią ustać na nogach”. Głos zszokowanej Sami, która uciekła z Afganistanu przed fanatykami religijnymi, pouczanej w Polsce, że tu „nie może nikogo namawiać” do swojej wiary. Żałuję jedynie, że tych głosów jest tak mało.

Czytaj 801. numer miesięcznika „Znak”>>>

Z poczucia bezradności wyrywa mnie też analiza „Uchodźcy na świecie”. Pokazuje ona, że w obliczu globalnych wyzwań to, co dzieje się na pograniczu polsko-białoruskim, jest wyzwaniem na naszą miarę. Przy rzetelnym podejściu, moglibyśmy spokojnie sobie dać z nim radę. 

Na osobną wzmiankę z pewnością zasługuje artykuł Michała Matlaka o rosnącej gwieździe radykalnej prawicy we Francji, Ericu Zemmourze. Warto też zerknąć do tekstu Piotra Oczko o Artemisii Gentileschi i fotoreportażu Tomka Kaczora o wspaniałej pracy Polskiego Forum Migracyjnego. 

Czuję wdzięczność dla twórców 801. numeru miesięcznika „Znak”. Chciałbym, by taki sposób mówienia i pisania o migracji był szerzej obecny w polskiej debacie publicznej. Być może wtedy najtrudniejsza emocja będzie nawiedzała nas rzadziej.

Wspieraj dziennikarstwo pokoju, wspieraj Salam Lab na Patronite >>>

Zdjęcie: Karol Wilczyński.

Recenzja napisana we współpracy z Miesięcznikiem „Znak”.




Najnowsze publikacje