,

Granica z Białorusią – kryzys, który jeszcze z nami zostanie

Rzeczy Yareda, katolika, uchodźcy z Tigraju. Yared był cztery razy wypychany do Białorusi przez polskich funkcjonariuszy. Fot. Jakub Bieniasz
Granica z Białorusią – kryzys, który jeszcze z nami zostanie

Mija rok od tragicznych wydarzeń w Usnarzu Górnym, kryzys humanitarny na polsko-białoruskiej granicy wciąż trwa. Prawa osób uciekających przed funkcjonariuszami białoruskiego reżimu, które przekraczają granicę w poszukiwaniu bezpieczeństwa i lepszego życia, wciąż są łamane przez polskie służby. Mieszkańcy i mieszkanki przygranicznych miejscowości musieli przyzwyczaić się do ogrodzenia i stałej obecności wojska. Aktywiści i aktywistki nadal udzielają pomocy osobom migrującym, mimo zmęczenia i braku środków finansowych. Jak dziś wygląda sytuacja na polsko-białoruskim pograniczu i czy jest szansa na rozwiązanie kryzysu?

Uchodźców jakichś pan widział?

– Skąd pan jedzie? – pyta mnie mieszkanka Wojnówki, wsi położonej około 2 kilometry od granicy z Białorusią.
– Dzisiaj z Hajnówki – odpowiadam opierając rower o płot.
– A uchodźców jakichś pan widział po drodze?
– Nie widziałem.

Po drodze z Hajnówki do Wojnówki nie spotkałem żadnych uchodźców i uchodźczyń. Ale dobrze wiem, że przez polsko-białoruską granicę, mimo muru i wzmożonej aktywności Straży Granicznej, wciąż przechodzą ludzie. Wielu z nich spotkałem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, działając w Punkcie Interwencji Kryzysowej Klubu Inteligencji Katolickiej.

Razem z innymi aktywistkami i aktywistkami Grupy Granica codziennie docieraliśmy do migrantów i migrantek, którzy wzywali nas i prosili o pomoc. Większość z nich doświadczyła już przemocy ze strony polskich służb i wie, że w razie zatrzymania, grozi im wywózka z powrotem do Białorusi. Osoby w drodze są świadome, że Polska nie jest dla nich bezpiecznym miejscem. Dlatego, będąc wciąż blisko granicy, ukrywają się w lasach. Trudno ich spotkać na szosie, podczas wycieczki na rowerze. Dopytuję jednak, czy mieszkańcy i mieszkanki wsi położonych niedaleko granicy spotykają osoby uchodźcze.

– O, jakieś 3 dni temu ktoś w Policznej mijał uchodźców. Trzech ich było podobno. Ale ja nie wiem, co się z nimi stało.
– Nie wie pani, co robi z nimi Straż Graniczna?
– Nie, ja się tym nie interesuję.

Niewidzialne wywózki na granicy

Większość osób, z którymi rozmawiałem we wsiach położonych wzdłuż granicy z Białorusią, nie wiedziało, co dzieje się z migrantami i migrantkami zatrzymanymi przez Straż Graniczną. Skąd miały wiedzieć? Funkcjonariusze Straży Granicznej nie chwalą się swoimi nielegalnymi działaniami. Wywózki do Białorusi odbywają się po cichu.

Opowiadają nam o nich osoby migrujące, które wielokrotnie były przepychane przez polskie służby na białoruską stronę granicy.

Hassan, młody mężczyzna uciekający przed wojną w Jemenie, który próbuje przedostać się z Białorusi do Unii Europejskiej od połowy grudnia zeszłego roku, nie pamięta już, ile razy był przemocą wyrzucany z Polski do Białorusi. Nie jest już w stanie stwierdzić, czy to polscy czy białoruscy funkcjonariusze bili go i jego towarzyszy podróży kolbami karabinów, atakowali ich gazem pieprzowym, szczuli psami, strzelali na postrach w powietrze, niszczyli ich telefony i powerbanki, kradli pieniądze.

Mur na granicy. Fot. Jakub Bieniasz

Ibrahim z Gwinei, podobnie jak wielu innych imigrantów z zachodniej Afryki, uciekł z Rosji przed rasizmem spotykającym osoby o czarnym kolorze skóry. Mówi, że w trakcie ostatniej wywózki z Polski do Białorusi polscy funkcjonariusze nie pobili go. Ale zaraz po drugiej stronie granicy zrobili to białoruscy żołnierze. Potem Ibrahim razem z około 30 innymi osobami przez 10 dni był przetrzymywany przez Białorusinów w miejscu, w którym polscy strażnicy zmusili ich do przejścia przez granicę.

Yared i Adam uciekają ze zniszczonego wojną Tigraju. Są katolikami. Yared, oprócz rzeczy niezbędnych do przeżycia niesie w swoim plecaku modlitewnik, bransoletkę z krzyżem i zdjęcie Jana Pawła II z jego wizyty w Etiopii. Opowiada, że kiedy ostatni raz byli zatrzymani przez funkcjonariusza Straży Granicznej, pokazał mu zdjęcie papieża. Strażnik wysłuchał ich historii, przejął się opowieściami o prześladowaniach Tigrajczyków w Etiopii, oddał nawet uchodźcom trochę jedzenia. Ale nie pozwolił im pójść dalej swoją drogą. Wezwał za to więcej funkcjonariuszy. Po chwili Yared i Adam po raz czwarty zostali wypchnięci do Białorusi, mimo tego, że prosili o azyl w Polsce. Yared płakał, opowiadając mi tę historię.

Te wywózki odbywają się po cichu, są niewidzialne. Mieszkańcy i mieszkanki przygranicznych wsi często nie wiedzą o bezprawnej przemocy zadawanej migrantom i migrantkom. Do samej obecności służb oraz muru zdążyli się już przyzwyczaić.

Mur i wojsko są już stałym elementem krajobrazu granicy

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy po wjeździe do Mostowlan, to dwaj żołnierze w pełnym rynsztunku z długą bronią i w hełmach idący ścieżką opadającą w kierunku Świsłoczy, granicznej rzeki, za którą leży już Białoruś. Poza żołnierzami czujnie spoglądają na mnie dwie kamery Straży Granicznej, w charakterystycznych zielonych budkach.

Po chwili tą samą drogą, którą przyjechałem, dojeżdża wojskowa ciężarówka. Zatrzymuje się na skrzyżowaniu obok cerkwi, wysiada z niej jeszcze kilku wojskowych. Tymczasem wieś wygląda na zupełnie pustą, mimo ładnej pogody nikt nie krząta się po podwórzach. Wydaje się, że we wsi znajduje się więcej żołnierzy niż mieszkańców.

Lekarka pomagająca uchodźcom i uchodźczyniom na polsko-białoruskiej granicy wzięła na stopa żołnierza Wojsk Obrony Terytorialnej. Po ich rozmowie mężczyzna zmienił stosunek do kryzysu humanitarnego na pograniczu >>>

Dopiero na końcu wsi zauważam starszą kobietę, która na ganku swojego domu upycha ogórki w kilkulitrowych słojach, szykując je do kiszenia. Zagaduję ją o osoby uchodźcze, mur i żołnierzy, ale nie wydaje się być zainteresowana tym tematem. Po roku militaryzacji granicy i wzmożonych działań służb, mieszkańcy i mieszkanki przyzwyczaili się do uzbrojonych żołnierzy codziennie patrolujących ich wsie.

Ruszam dalej drogą prowadzącą wzdłuż Świsłoczy. Na odcinkach, gdzie granica z Białorusią biegnie wzdłuż rzek, nie ma muru. Jest za to dużo więcej wojska. Co kilkaset metrów przy drodze stoją posterunki z kontenerów, w każdym jest dwóch albo trzech żołnierzy. Próbuję pytać ich, po co to militarne wzmożenie, ale niczego się od nich nie dowiaduję. Jedni nic nie wiedzą, inni nie mogą powiedzieć, jeszcze inni mówią, że to dopiero pierwszy dzień ich służby na granicy. Mieszkańcy i mieszkanki kolejnych wsi, przez które przejeżdżam, niechętnie odpowiadają na pytania o uchodźców i działania służb. Niektórzy tylko przebąkują, że dzięki obecności żołnierzy można poczuć się bezpieczniej.

Odcinki granicy, wzdłuż których stoi mur, nie są tak pilnie strzeżone. Sama zapora budzi śmiech mieszkańców:

To niepotrzebne jest! – mówi mieszkanka Wojnówki – Oni i tak przechodzą.

Przecież oni nikomu krzywdy nie zrobią

Dopytuję ją, czy boi się tych „onych” – uchodźców.

– Na początku wszyscy się bali, ale potem się przyzwyczailiśmy. Okazało się, że nie ma się co ich bać. Oni nikomu krzywdy nie zrobią – mówi.

Przypominam sobie rozmowy z mieszkańcami i mieszkankami przygranicznych wsi, które prowadziłem z innymi aktywistkami Grupy Granica w sierpniu i we wrześniu zeszłego roku. Często spotykaliśmy wtedy osoby, które przez propagandę były przekonane, że osób przechodzących przez granicę z Białorusi należy się bać. Mieszkaniec jednej wsi mówił, że trzyma przy łóżku siekierę, bo funkcjonariusze Straży Granicznej mówili, że „ciapaci” mogą napaść na niego i ukraść mu samochód.

Po roku kryzysu humanitarnego mieszkańcy i mieszkanki przygranicznych wsi wiedzą już, że ze strony osób uchodźczych nie mają się czego obawiać. Nie wierzą w sens działań służb, bo wiedzą, że i tak nie są skuteczne, ale akceptują obecność wojska.

Rasistowski podział świata. Jak mamy patrzyć na przemoc i represje na polsko-białoruskim pograniczu? >>>

Mimo propagandy i działań służb, które wciąż próbują przedstawić migrantów i migrantki jako zagrożenie, wielu mieszkańców i mieszkanek pogranicza nie waha się przed udzieleniem pomocy osobom uchodźczym.

– A ja nie boję się. Wiem, że każdemu, kto jest potrzebujący, trzeba pomóc – mówi pani Zofia (imię zmienione), która od października do marca gościła w swoim domu na obrzeżach Puszczy Białowieskiej aktywistów i aktywistki z Salam Labu. – Nie można nikomu odmówić, kto by to nie był. A to przecież tacy sami ludzie jak my, tylko biedni. Po prostu uciekają od tej biedy, wojny też. I oni idą, za wszelką cenę, nawet za cenę życia. Przekraczają granicę i idą. Trzeba mieć nadzieję, żeby lepiej było. Pomagać, wszystkim pomagać, każdemu, kto tylko pomocy potrzebuje.

Kryzys trwa, pomagamy dalej

– Musimy głośno mówić, że kryzys dalej trwa, osoby przechodzą przez granicę, dalej jesteśmy wzywani na pomoc – mówi radna z Michałowa, Maryla Ancipiuk, która popchnęła władze samorządowe gminy położonej przy granicy z Białorusią do zorganizowania pomocy dla osób uchodźczych. Sama uczestniczyła w interwencjach humanitarnych na granicy wraz z innymi aktywistami i aktywistkami. Przekonuje mnie, że abyśmy mogli kontynuować działania na granicy, konieczne jest powtarzanie, że kryzys się nie skończył:

– Myślę, że powinniśmy to nagłaśniać. Ludzi dobrej woli naprawdę jest dużo. Chcą pomagać, tylko nasza telewizja i nasze media uśpiły ten temat. Bardzo dużo aktywistów i aktywistek zraziło się przez to działanie służb, boją się. Ale myślę, że jeżeli będziemy o tym mówić, ludzie będą wiedzieć, że to wciąż trwa i że jednak trzeba pomagać.

Lokalne aktywistki i aktywiści oraz ci, którzy przyjeżdżają na Podlasie z daleka, są zmęczeni trwającym już od ponad roku kryzysem. Do dalszego działania nie zachęcają represje ze strony służb, z którymi muszą liczyć się pomagający osobom uchodźczym. Zniknięcie tematu kryzysu na granicy z Białorusią z mainstreamowych mediów, stworzyło iluzję, że kryzys już się skończył. W efekcie, aktywistkom i aktywistom coraz trudniej jest pozyskać środki na dalsze działania na rzecz osób migrujących.

Radną z Michałowa denerwuje też nierówne traktowanie osób uciekających z Ukrainy i tych, którze w poszukiwaniu bezpieczeństwa przekraczają polsko-białoruską granicę:

– Najbardziej mnie boli to, że Ukraińców się wita z kwiatami, pomaga się, a tutaj maleńkie dzieci wyrzuca się za płot.

Sama przyjęła w swoim domu 12-osobową rodzinę z Ukrainy, ale nie może pogodzić się z tym, że podczas gdy pomoc Ukrainkom i Ukraińcom jest wspierana przez władze państwowe, pomaganie osobom uchodźczym przychodzącym z Białorusi jest kryminalizowane.

Pytam ją jeszcze, co musi się zmienić, żeby kryzys mógł się skończyć.

– Mamy taki rząd, który podzielił społeczeństwo, podzielił nas i sam nic nie robi, i stara się, żeby nas wszystkich zastraszyć. Żebyśmy nie działali, nie pomagali. Jeżeli chodzi o nasz kraj, to może coś się zmieni, jak zmienią się nasze władze. Myślę, że ten kryzys będzie trwać jeszcze długo. Teraz chcemy, żeby wszystkie te osoby mogły się wydostać z rąk naszych władz. Nie chcemy ich zgłaszać, ponieważ wiemy, że oni wszyscy zostaną wyrzuceni z powrotem na Białoruś. Najbardziej chodziło nam o to, żebyśmy nie byli współczesnym Jedwabnym. Żeby nie mówili, że Michałowo to tam, gdzie umierają dzieci, czy zamarzają ludzie.

Osobom niosącym pomoc na polsko-białoruskiej granicy trudno wyobrazić sobie koniec tego kryzysu. Oczekiwanie, że nasze postulaty: zaprzestanie nielegalnych wywózek do Białorusi i traktowanie osób migrujących godnie i według prawa zostaną spełnione przez obecną władzę, wydaje się naiwne. Czekają nas jeszcze miesiące, jeśli nie lata, działań skierowanych na doraźną pomoc osobom migrującym pokrzywdzonym przez przemocową i rasistowską politykę migracyjną Polski i Unii Europejskiej.

This project was financially supported by the EU. This author is solely responsible for its content, which may not reflect EU views.

Jakub Bieniasz – aktywista Grupy Granica i student arabistyki.




Najnowsze publikacje