Iranki i Irańczycy są jak wulkan. Na powierzchni wydaje się nieaktywny, ale pod spodem się gotuje

Protest w solidarności z Irankami i Irańczykami w Melbourne. Fot. Matt Hrkac via Flickr (CC BY 2.0 DEED).

Iranka podnosi pukiel włosów, które obcięła sobie nożyczkami. Rocznica śmierci Jiny Mahsy Amini

„Nie chciałam robić filmu o tym, że islam jest zły. Chciałam zrobić film o tym, jak bardzo źle można wykorzystać religię i tradycję” – mówi reżyserka „Jiny”, Emilia Pluskota. Co jeszcze usłyszał Elias Smurzyński od Iranek i Irańczyków na warszawskiej premierze filmu o irańskich protestach?

Przed Kinoteką w Pałacu Kultury i Nauki nie ma nikogo, pewnie nieoczekiwane w połowie września słońce zagoniło wszystkich uczestników do budynku. Światło jest ostre, a powietrze chłodne, co nie sprzyja pozostawaniu na zewnątrz.

Gdy wchodzę, rzeczywiście widzowie są już w kinowym lobby: młodzi w modnych butach, „średni” w adekwatnych do pogody ubraniach i starsi w okularach z prostokątnymi ramkami. Widzę też Emilię Pluskotę witającą się z serdecznością z grupą znajomych. Wymieniają uprzejmości i uwagi organizacyjne. Nie wiedziałem, że rezerwacja na premierowy pokaz „Jiny”, jej reżyserskiego debiutu, jest obowiązkowa, więc jej nie posiadam. Staram się trzymać wystarczająco blisko grupy, która wejdzie zaraz na hasło albo znajduje się na liście ze względu na znajomość z reżyserką, i na tyle od niej daleko, by nie zostać przez nią zauważonym. Tytułowa Jina, czyli Mahsa Żina Amini, to zamordowana przez irańską policję obyczajową kobieta, której śmierć stanowiła punkt zapalny trwających w Iranie do dziś protestów. Dziś, 16 września, mija pierwsza rocznica śmierci dwudziestodwulatki, pierwsza rocznica rozpoczęcia rewolucji i dziś też warszawską premierę ma dotyczący tych wydarzeń krótki metraż Pluskoty. 

„Jina” to czarno-biała, osiemnastominutowa gorzka tabletka o trwających protestach, opowiadana ustami sześciu Iranek, które przeplatają historię o wydarzeniach z ostatniego roku swoimi przeżyciami związanymi z islamem, dzieciństwem, Bogiem, hidżabem i emigracją. Udzielają dramatom oddalonym od nas o cztery i pół tysiąca kilometrów swoje głosy, oczy, włosy. Czasem tylko jedno z nich, by dla bezpieczeństwa pozostać anonimowymi. „Jina” mówi z pełnego bólu, tęsknoty i nadziei serca, i w serce również trafia.  Nawet takie znajdujące się poza bańką. Potrafię wyobrazić sobie sytuację, w której „Jina” pokazywana jest w szkole jako spot opisujący w dosadny i zgodny z rzeczywistością sposób historyczne wydarzenia z Iranu z lat 2022-2023. 

Bądźcie czujni i odważni

Film się kończy, światła zostają włączone. Michał, który prowadzi w social mediach profil „Irańczyk w Polsce”, otwiera panel z reżyserką Emilią Pluskotą i dwiema bohaterkami produkcji, w tym Anahitą Rezaei. Nie każda z nich godzi się na publikację nazwiska.

Z publiczności pada pierwsze pytanie; polskie i polityczne: „Co macie do powiedzenia na podstawie swoich doświadczeń Polkom i Polakom w kwestii zbliżających się wyborów parlamentarnych?”. Odpowiadają, że, rzecz jasna, sytuacji Polski nie można porównywać do tej w Iranie, a jedna z nich mówi: „Bądźcie czujni, bo, mimo że nie jest tu jak w Iranie, to pewne ziarnko ograniczenia wolności zostało zasiane”.  Druga dodaje: „Macie możliwość walki o wolność. My jej nie mamy. Wykorzystajcie ją na ile możecie, zanim wam ją zabiorą i wszystko inne, jedno po drugim. To, co dzieje się u nas, jest wynikiem pozwalania rządzącym na to, by mogli robić to, czego chcą, przez czterdzieści kilka lat. Bądźcie czujni. Bądźcie odważni”. Siedzące rząd przede mną dwie starsze panie w prostokątnych okularach i krótkich, bordowych włosach pierwsze zrywają się do donośnych braw, wtórując im po cichu: „Prawda, tak jest!”.

Kolejne pytanie z publiczności dotyczy wyboru Iranek: „Dlaczego Polska?”. Reagują na nie serdecznym śmiechem, wyjaśniając, że to pytanie słyszą najczęściej. Jedna z nich opowiada, że nie był to jej pierwszy wybór, ale teraz czuje się tu świetnie. „Jestem czasem pytana o tutejszy rasizm. Nie czuję go. Mam wrażenie, że nawet jeśli niektórzy w głębi duszy są rasistami, wy Polacy jesteście zbyt mili, żeby to okazać”. 

Od Warszawy po Teheran

Czas się kończy – jest ograniczony, bo przed Kinoteką Irańczycy i Iranki rozpoczynają już protest z okazji dzisiejszej rocznicy: jest mównica i plakaty, banery, megafony i świeczki. Na banerze mozaika czarno-białych fotografii portretowych. „Gdy rok temu protesty się zaczynały” – powie potem z mównicy aktywistka feministyczna Maja Staśko – „wszędzie było widać tylko jedno zdjęcie: zamordowanej Mahsy Amini. A teraz” – wskazuje na baner – teraz zabitych jest tyle”. 

Zdjęcia niektórych ofiar są większe, oprawione w ramki, z czarną tasiemką przechodzącą przez lewy, górny róg. To najbardziej znane ofiary: znane nie przez swoją sławę przed śmiercią, a przez szczególne okrucieństwo, jakie je spotkało, nawet na tle pozostałych zamordowanych. I tak na większych fotografiach znajduje się między innymi Kian Pirfalak: dziesięcioletni chłopiec zastrzelony przez funkcjonariuszy Korpusu Strażników Rewolucji – gałęzi irańskich sił zbrojnych, których zadaniem jest zwalczanie ruchów przeciwnych ustrojowi. Na fotografiach przedstawiony jest na wielobarwnym tle ze względu na frazę wypowiadaną przez niego na osławionym po jego morderstwie filmiku. Prezentuje na nim zbudowaną przez siebie zabawkową łódeczkę. Nagranie rozpoczyna słowami: W imię Boga tęczy”, które pochodzą z wiersza z jego szkolnego elementarza.

Aktywistka Maja Staśko przemawia na proteście 16 września pod warszawską Kinoteką w solidarności z demonstrującymi Irankami i Irańczykami. Fot. Elias Smurzyński.

Obok niego na błękitnym plakacie widnieje podobizna Khodanura Ladżaei: skulony w charakterystycznej pozycji, ze skutymi dłońmi z przodu, wokół łodygi złocistego kwiatka. Khodanur był Beludżem – należał do grupy etnicznej dyskryminowanej przez irański rząd – i sunnitą, zastrzelonym w trakcie protestów w prowincji Sistan i Beludżystan. Po jego zabiciu sławne stało się zdjęcie z czasu jego aresztowania, kiedy to miał być przykuty w tej właśnie pozycji do słupa na dziedzińcu komisariatu, z butelką wody zaraz poza jego zasięgiem. 

Z mównicy grzmią slogany po persku, polski i angielsku. Jeden z nich to: „az Warszo ta Tehran, dżanam fadaje Iran”, czyli  „od Warszawy po Teheran, oddaję życie za Iran”. Demonstracja nie trwa długo. Mówcy przedstawiają  krótką historię irańskich protestów i odczytują postulaty protestujących Iranek i Irańczyków. Po proteście razem z młodymi chłopakami z Iranu zbieramy zdjęcia i świeczki do samochodu organizatora. Rozmawiają o Wielkiej Brytanii i Mudżahedinach, mówią, że „Boris Johnson zjebał, ale Joe Biden tak samo”, że „w Europie nikogo nic nie obchodzi, dopóki ich to nie dotyczy”. 

„Wszędzie na świecie, gdzie rządzi zepsuty reżim, możesz mieć pewność, że Islamska Republika Iranu ma z nim jakieś powiązania” – mówi jeden z nich niemal konspiracyjnie. Teraz, po oficjalnej części wszyscy się nieco rozluźnili, ale on pozostał tak samo rozzłoszczony. Jako jedyny z chłopaków ma akcent z prowincji Iranu, wydaje mi się, że z północy. Chociaż w przeciwieństwie do pozostałych mało gestykuluje, ma bardzo wyrazistą mimikę. Przez cały protest miał na nosie przeciwsłoneczne okulary, które teraz zdjął i widać na jego twarzy mnóstwo gniewu i smutku. 

Nur znaczy światło

Wieczorem, w nadwiślańskim barze odbywa się ostatnia część dzisiejszego wydarzenia, performens Sepersa, irańskiego artysty. Performer stoi na tarasie, za biurkiem z dwóch beczek i deski z didżejką. Mówi, że jego pokaz zainspirowany jest historią zamordowanego Khodanura. „»Nur« po persku znaczy światło” – kończy z poważną miną. 

Z głośników rozbrzmiewają pierwsze, zniekształcone i ledwo rytmiczne dźwięki muzyki. Nie wiem, czy to kwestia idącego od Wisły chłodu, czy kontekstu sytuacji, ale żaden ze zwykle kochających to robić Irańczyków nawet nie próbuje rozpocząć tańców. Niezależnie od powodu, myślę, że odebranie Irańczykom chęci do tańca jest trudne do zrobienia, co dowodzi powagi sytuacji. Teraz siedzą owinięci kocami i rozmawiają o tym, od jak dawna są w Warszawie, że im się tu podoba i że muszą wrócić do Iranu po swoje szkolne świadectwa, bo bez nich nie mogą tu uzyskać nostryfikacji. 

Jeden ze starszych Irańczyków z potężnymi, podkręconymi wąsami i mnisią łysiną na czubku głowy mówi, że wszystkie dokumenty trzyma w jednym miejscu w Iranie: od dyplomów, przez świadectwa, po wycinki z gazet, w których ogłoszono listy przyjęcia do szkół. Opowiada, że miał świetne oceny, chciał zostać pilotem, ale nie zdał egzaminu z islamu. „W sensie z religii?” – dopytuje inny. „Nie, egzaminu na muzułmanina. To było ponad trzydzieści lat temu, przeprowadzali nam egzaminy z bycia dobrym muzułmaninem, pytali, z ilu kawałków powinien składać się całun. Ja nie zdałem”. „Może sprawdzali was dlatego, że wielu pilotów wtedy wzbijało się w powietrze, i już nie wracało do Iranu” – śmieje się ten drugi, popijając piwo. Wąsacz wskazuje na nie i rzuca: „Wiecie, że piwo wynaleziono w Iranie?”.

Nikt mu nie wierzy, na co on z zaangażowaniem zaczyna tłumaczyć prawdziwość swojej tezy. W trakcie wywodu stwierdza też, że wódkę również wymyślono w Iranie. To bardzo częsta cecha wśród Irańczyków, którą poniekąd lubię: są dumni w bardzo serdeczny, i niekiedy błędny sposób, co być może jest uprawnione ze względu na długowieczność tej cywilizacji. Zdaje mi się, że gdyby Wąsaczowi pozwolono dłużej mówić, potrafiłby skleić sensownie brzmiącą teorię, dowodzącą, że Polska również powstała w Iranie. 

Irańczycy i Iranki to wulkan 

Stolik dalej, przy głośno i szybko już dudniącym głośniku, siedzimy z reżyserką Emilią Pluskotą. Wydaje się zadowolona i zmęczona, pali skręcane papierosy i często wstaje, by przywitać kolejnych, podchodzących jej pogratulować znajomych. „Co chcesz wiedzieć, kochany?” – zwraca się w końcu do mnie. Pytam, kto jest odbiorcą jej filmu. „Żeby w ogóle wybrać się na pokaz takiego filmu, trzeba być w jakiejś bańce. Film skupia się wokół bardzo specyficznego tematu, odsłania emocje, które większości osób w Europie mogą być nieznane. Pokazywanie takich intymnych opowieści pozwala nam, Europejczykom i Europejkom, utożsamiać się z tymi emocjami: strachami i lękami innych. Dopiero w takiej konfrontacji zaczynamy mówić w kontekście migracji o ludziach, a nie o liczbach” – odpowiada bardzo formalnie. 

„Jak wyobrażenie o potencjalnym odbiorcy wpłynęło na ostateczną formę filmu?” – próbuję złapać Emilię na konformizmie. „Nie kierowałam się tym podczas produkcji” – odpowiada, a ja cieszę się, że mi się nie udało. „Każdy etap jego montażu był konsultowany z Irankami, jego bohaterkami. Ten film jest tym, co one chciały pokazać, i tym, co ja starałam się ułożyć w jednogłos – oczywiście, przez wciąż subiektywny pryzmat własnej wrażliwości. Podstawą tego procesu była międzyludzka relacja. Dlatego jest w tym czułość i empatia”. 

Pytam ją o największe wyzwanie w trakcie produkcji „Jiny”. „Po pierwsze, wywiady, które pokazuję w filmie, to namiastka tego, co opowiedziały nam jego bohaterki. Ogromną trudność stanowiło stworzenie filmu, pod którym wszystkie bohaterki będą mogły się podpisać, nie gubiąc przy tym różnic między nimi. Miałam ogromne poczucie odpowiedzialności, że którąś z nich zawiodę. Mam nadzieję, że tego uniknęłam” – uśmiecha się i odpala papierosa, który zaraz gaśnie, bo Emilia zaczyna mówić: „Po drugie: kluczowe było bezpieczeństwo dziewczyn. Ich sytuacje rodzinne, polityczne i migracyjne cały czas się zmieniają” – poważnieje.

„Początkowo miałam intuicję, żeby ich w ogóle nie pokazywać. Nie chcemy ryzykować – pokazanie twarzy może być dla nich niebezpieczne. Ale jeżeli przychodzi Iranka, i mówi: To jest mój protest, ja chcę się pokazać, dla mnie to jest wszystko albo nic – to jest to jej decyzja i manifest, który ja muszę uszanować. Musiałam się nauczyć, jak im zaufać, żeby te decyzje zostawić zupełnie w ich rękach. Jestem bardzo dumna z siebie, że mimo trudności po drodze dowiozłam ten film. A nie jestem filmowczynią z wykształcenia i nigdy nie fantazjowałam o reżyserii – widzę w tym jednak świetne narzędzie do budowania narracji i skoro dałam radę, to pewnie spróbuję raz jeszcze, i kolejny. Na szczęście nie byłam w tym procesie sama, cała ekipa RATS Agency pracowała ze mną nad tym filmem i zrobiliśmy go wspólnie – osobno by się nie udało. A gdyby nie sponsor i producent – Salam Lab, produkcja w ogóle nie miałaby szansy tak szybko się zacząć. Jestem im za to ogromnie wdzięczna”. 

„Legia przegrywa” – informuje nas ze zmartwieniem przechodzący obok znajomy Emilii, co sprowadza mnie w myślach z powrotem na polski grunt. Przypominam Emilii pierwsze pytanie, które pojawiło się na panelu, dotyczące zbliżających się wyborów. „Takie pytania pojawiają się zawsze. Nawet gdy pracowałam nad filmem o Gambii: »A Polska? Przecież my też mamy źle, my to, my tamto…«. Często ludzie na takie pytania reagują z frustracją: »Jezu, znów o tej Polsce«. Ale moim zdaniem, jeżeli ktoś od razu przerzuca te odległe konteksty na własne doświadczenie, to świetnie. To znaczy, że skumał. Że też się utożsamił. I to jest ten efekt, na którym mi zależy. To znaczy, że buduje się nić porozumienia. Więc mnie te pytania zawsze cieszą. „A Ty się utożsamiłaś?” – pytam. „Na pewno, chociażby po prostu jako kobieta. Moje doświadczenia są zupełnie odmienne od doświadczeń bohaterek, ale bezsilność kobiety wobec patriarchatu, albo w ogóle obywatela wobec  rządu – to przecież znamy dobrze.

Bardzo nie chciałam robić filmu o tym, że islam jest zły. Chciałam zrobić film o tym, jak bardzo źle można wykorzystać religię, jak bardzo źle można wykorzystać tradycje. Tradycja zawsze stoi w opozycji do inności. Tradycja ma budzić poczucie bezpieczeństwa, ale bywa wykluczająca. Tak samo wierzenia, religie bywają bardzo wykluczające. To wszystko przecież też znamy z autopsji.

Jedna z bohaterek filmu ujęła w słowach coś, czego ja nie potrafiłam. Mówi, że zawsze słyszała, że jeśli jej się nie podoba hidżab, powinna wyjechać. Ale uświadamia sobie: »nie, najwyższy czas, abyście to wy wyjechali«. No bo ile, kurwa, można? A póki tamci nie wyjadą, to co one mają ze sobą zrobić? Mogą wyjść na ulice i ryzykować życie. I to też Iranki robią. Nie zastanawiajmy się, jak nie wpuszczać do Europy przyjeżdżających, a co zrobić, żeby w ogóle nie musieli wyjeżdżać”. Jej słowa bezpośrednio odpowiadają jednemu z wygłoszonych wcześniej, podczas protestu postulatów: „zerwanie relacji dyplomatycznych europejskich rządów z Islamską Republiką Iranu”. 

Piszemy dla Ciebie, dzięki Tobie

W obliczu rosnącej migracji ludności spowodowanej zmianami klimatycznymi, konfliktami zbrojnymi i czystkami etnicznymi, zapewnienie dostępu do rzetelnych informacji jest teraz bardziej istotne niż kiedykolwiek wcześniej. Nasze dziennikarstwo w Salam Lab jest konstruktywne, inkluzywne i wolne od uprzedzeń. Dostarczamy różnorodne perspektywy, wykraczając poza główny nurt mediów, bez wpływu korporacji czy powiązań politycznych.

Jesteśmy całkowicie niezależną redakcją. Wasze wsparcie stanowi fundament naszej działalności. Każda wpłata pomaga nam kontynuować naszą misję dostarczania rzetelnych informacji. Dziękujemy za każdy wkład, który pomaga nam zachować niezależność.

Pytam Emilię, czego dowiedziała się o Iranie w trakcie tworzenia filmu. Śmieje się i robi zagadkową minę. „Dowiedziałam się bardzo dużo o alternatywnych imprezach i seksie przedmałżeńskim w Iranie. Dowiedziałam się, jak bardzo blisko jesteśmy. Nie ma żadnej granicy, żadnej przepaści. Jesteśmy tak do siebie podobni. Współcześnie Iranki i Irańczycy kojarzą mi się z wulkanem. Na powierzchni wydaje się nieaktywny, ale pod spodem cały czas się gotuje. To życie, które odbywa się we wnętrzu tego wulkanu, jest gorące. Jest wciągające. Pełne pasji i namiętności. Czasem słyszymy w mediach, że jakiś wulkan się uaktywnia. I teraz jest taki moment, że coś w nim zaczyna się gotować. I ten wulkan w końcu pieprznie. A gdy pieprznie, pieprznie po całości” – mówi, a grana przez Sepersa irańska muzyka jak ten bulgoczący wulkan niesie się dudniąco po Wiśle. 


Już w najbliższą sobotę, 9 grudnia o 16:30, zapraszamy na seans filmu krótkometrażowego „Jina”, po którym odbędzie się spotkanie z reżyserką Emilią Pluskotą, oraz jedną z bohaterek dokumentu, Anahitą Rezaei. Rozmowę poprowadzi redaktorka naczelna (p.o.) Katarzyna Makarowicz. Więcej informacji o wydarzeniu znajdziecie tutaj.

Elias Smurzyński – student iranistyki i prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Fan prawa karnego, boksu tajskiego i dziennikarstwa gonzo.



Najnowsze publikacje