,

Karol Grygoruk o systemowym dystansie i najniebezpieczniejszych szlakach migracyjnych

Karol Grygoruk o systemowym dystansie i najniebezpieczniejszych szlakach migracyjnych

Nie planowałem tego, że będę fotografem, dokumentalistą. Zawsze marzyłem o tym, by zajmować się prawami człowieka. Byłem dziwnym nastolatkiem, wychowanym na filmach i telewizji. Doskonale pamiętam moment w liceum, gdy nauczyciel na korepetycjach z WOS-u pokazał mi jeden z raportów Amnesty International. Poruszył mnie, nadal mam go w domu. W klasie maturalnej współpracowałem przy jednej z pierwszych edycji festiwalu WATCH DOCS, organizowanego przez Helsińską Fundację Praw Człowieka. Na białostockim uniwersytecie udało się pokazać kilka dokumentów. Dziś to potężny festiwal filmowy poświęcony filmom dokumentalnym o prawach człowieka. Tak wszystko się zaczęło.

Potem wyjechałem do Warszawy na studia. Trafiłem do Szkoły Praw Człowieka, gdzie byłem najmłodszy. Wszystko było na dobrej drodze, miałem zajmować się prawami człowieka, tak jak chciałem. Ale mając 19 lat, nie wyobrażałem sobie siebie za biurkiem. Nosiło mnie. Zainteresowałem się fotografią, po raz pierwszy spotkałem też Anię Alboth [Anna Alboth, dziennikarka i aktywistka – dop.red.], wreszcie więcej dokumentowałem. Kilka lat później Ania organizowała zbiórkę śpiworów, następnie Marsz dla Aleppo. Z roku na rok wiązałem się z tematami uchodźstwa i migracji coraz bardziej. Dziś wiem, że ten temat zostanie ze mną na bardzo długo… Często ponuro żartujemy, że w naszej „branży” przez długi czas nie zabraknie dla nas miejsca.

Ważną częścią mojej pracy jest opowiadanie o migracyjnych szlakach, niebezpiecznych tylko dla ludzi, którzy nimi uciekają. Opowiadam o tym, jak je fotografuję, o przywileju białej skóry, posiadania europejskiego paszportu. Jestem bezpieczny. Pierwszym miejscem, w którym byłem jako fotograf-dokumentalista, była wyspa Lesbos. Dziś widzę, jak wielu rzeczy wtedy nie rozumiałem. Na zdjęciach z Lesbos, po które sięgam, widzę dystans, to, że nie potrafiłem podejść blisko. Może był to strach. Większa odległość, szersze kadry, brak portretów. Obcy świat, który znałem tylko z filmów. Prawdziwy i przytłaczający.

Systemowy dystans

Ten dystans, który miałem wciąż zinternalizowany, jest tworzony systemowo. Przez przekazy medialne o „obcości”, „inności”, „niebezpieczeństwie” – dlatego w takich miejscach człowiek ma czuć się obco. Tak nie powinno być. To w inności jest siła i energia. Coraz częściej oglądam zdjęcia i widzę, jak rozwinęła się moja empatia i jak przestałem poddawać się wyuczonemu przymusowi dystansowania się. Jestem bliżej. Irak, hiszpańsko-marokańskie pogranicze, Wyspy Kanaryjskie, Bałkany, Grecja, centrum Europy: Francja, Belgia. Kolejne granice, kolejne organizacje pozarządowe, obozy dla osób uchodźczych. Nie spodziewałem się, że przyjdzie mi dokumentować historie uchodźców i uchodźczyń na polsko-białoruskiej granicy. Na Podlasiu, gdzie się wychowałem. Podlasiu, które kochałem, a które dziś wzbudza we mnie lęk.

Pamiętam wszystkie historie, które mi powierzono. Zdarzy się, że nie pamiętam pełnego imienia osoby uchodźczej, wieku, ale na szczęście nauczyłem się wszystko notować. Zawsze pamiętam wszystkie emocje. Za każdą fotografią jest człowiek. Prawdziwe osoby, które uciekały przed wojną i przemocą, które opowiadają mi swoje tragedie. Czuję pewien rodzaj odpowiedzialności za historie, które są mi przekazywane. Jest to dla mnie ciężkie, gdy opowiedziana historia nie zyskuje odpowiedniego odbioru, bo wiem, jak wiele kosztowało kogoś podzielenie się nią ze mną. Czasem chciałbym o nich zapomnieć, jednocześnie cieszę się, że nie potrafię.

Historie osób uchodźczych

Fadia. Pracowaliśmy w obozie dla Jezydów i Jezydek, którzy przeżyli ludobójstwo z rąk tzw. Państwa Islamskiego. Był przeraźliwy upał, 47 stopni, nie dało się oddychać. Wtedy poznałem pewną rodzinę. Była tam 10-letnia Jezydka. W wieku 6 lat została odebrana rodzicom i trafiła do niewoli. Do „nowej rodziny” u fanatyka ISIS, gdzie była wychowywana jako muzułmanka. Nauczono ją mówić po arabsku. Gdy w wieku 10 lat odzyskała wolność i trafiła do swojej matki, nie pamiętała jej. Nie umiała też mówić w rodzimym języku. Chciała popełnić samobójstwo, otruć siebie i swoje rodzeństwo. 

Dziesięciolatka. 

Do dziś pamiętam moment, gdy usłyszałem tą historię. Pamiętam twarz tego dziecka. Ma teraz 13 lat, jest nastolatką, a pewnie nadal mieszka w tym samym namiocie w tym samym obozie i przez całe swoje życie będzie naznaczoną tragedią, przez którą przeszła. To jedna spośród tysięcy historii uchodźczych.

Mała uchodźczyni z Kurdystanu na polsko-białoruskiej granicy. fot. Karol Grygoruk

Systemowo niewidzialni

Przez lata nauczyłem się, że gesty i emocje mają ogromną moc. Nie rozumiejąc języka osoby, którą fotografuję, gdy podejmę próbę komunikacji, jestem w stanie się dogadać. Kiedyś czułem lęk za każdym razem, gdy stawałem przed bramą obozu, którą najczęściej była dziura w płocie. Dziś, gdziekolwiek byśmy się nie pojawili, w obozach i nieformalnych obozowiskach, jesteśmy witani z otwartymi ramionami. Zawsze tak było. Musiałem to tylko zrozumieć, albo przeżyć. Obozy dla osób uchodźczych prawie zawsze znajdują się w miejscach zapomnianych nawet przez lokalną społeczność. To, czego nie widać, nie istnieje, nie jest problemem. Gdy pojawiamy się w takich wyizolowanych miejscach, osoby systemowo niewidzialne prawie zawsze cieszą się, że ktoś się nimi interesuje.

Być dostrzeżonym.

Czy nie wszyscy chcemy być zauważeni? Możemy się różnić wyglądem, pochodzeniem, wiarą, ale wszyscy i wszystkie potrzebujemy bliskości, bezpieczeństwa i niezbywalnej godności.

Z Karolem Grygorukiem rozmawiała Julia Parkot.


Projekt jest dofinansowany przez Unię Europejską. Wyrażone poglądy i opinie są jednak wyłącznie poglądami autorki lub autorów i nie muszą odzwierciedlać tych zamieszczonych w przepisach Unii Europejskiej lub Komisji Europejskiej. Unia Europejska oraz organ udzielający wsparcia nie mogą ponosić za nie odpowiedzialności.




Najnowsze publikacje