,

Kto czerpie zyski z wojny? Psucie rynku mieszkaniowego uderza w uchodźczynie

Kto czerpie zyski z wojny? Psucie rynku mieszkaniowego uderza w uchodźczynie

Gdy 24 lutego Rosja zaatakowała Ukrainę, tym samym dając początek konfliktowi wojennemu, oczywistym było, że cywile będą zmuszeni do ucieczki z terytorium swojego kraju w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Ogromna liczba osób przyjechała do Polski. Potrzebą pierwszego rzędu stały się mieszkania, w których osoby mogły odpocząć, ustalić, co dalej albo osiedlić się na dłużej w kraju. 

Chociaż polska gościnność w tej sytuacji sprawdziła się w praktyce, nie będąc już tylko ludowym powiedzeniem, to zasoby w stosunku do potrzeb okazały się niewystarczające. Oferty tanich mieszkań na wynajem (czyli na standardy krakowskiego rynku mieszkaniowego, takie do około 2000 zł) zaczęły znikać w zastraszającym tempie. A przecież nawet jeśli kurczą się możliwości, to mieszkać gdzieś trzeba. 

Mieszkanie prawem, nie towarem

Tutaj ze swoją ofertą pojawiają się serwisy typu Airbnb czy Booking.com.

Po pierwsze, prezes pierwszego z wymienionych wyżej serwisów, Brian Chesky, poinformował o wycofaniu działalności platformy na terenie Rosji. Do tego zadeklarował, że działający w ramach organizacji Fundusz na rzecz Uchodźców Airbnb.org zaoferuje darmowe, krótkoterminowe zakwaterowanie nawet dla 100 tys. osób uciekających z Ukrainy. Pobyty te miały być finansowane częściowo przez Airbnb, darczyńców oraz gospodarzy publikujących swoje ogłoszenia w serwisie. Jednocześnie w drugiej połowie marca ceny za wynajem mieszkania na dobę w Warszawie za pośrednictwem Airbnb oscylowały w granicach 700 do 1000 zł. 

W związku z tym zastanawia mnie jedno: czy korzystniejszym zarówno dla uchodźców i uchodźczyń, jak i mieszkańców i mieszkanek Polski, nie byłoby uregulowanie rynku najmu krótkoterminowego? Czy zatrzymanie gwałtownego wzrostu cen mieszkań na wynajem nie byłoby korzystniejsze dla Kowalskich czy Abramczuków?

Chcesz pomóc uchodźcom i uchodźczyniom z Ukrainy? Dowiedz się jak >>>

Jeśli z oburzeniem czytasz ten tekst i zastanawiasz się, czy to możliwe, że serwis oferujący mieszkania na wynajem może tak bardzo psuć rynek, odpowiem krótko: tak. 

Portal internetowy Airbnb prowadzi do gentryfikacji centrów dużych miast, windowania cen czynszów i cen mieszkań. Próbuje obchodzić przepisy hotelarskie i sprawia, że z prawa do mieszkania robi się ekskluzywny towar, na który mało kogo stać. Jednak zacznijmy od początku. Jak funkcjonuje serwis Airbnb.org i na czym polega jego fenomen?

„Pomysł na Twoją kolejną podróż”, czyli sposoby św. rynku najmu krótkoterminowego

Airbnb to witryna internetowa umożliwiająca wynajem krótkoterminowy zarówno całych mieszkań i domów, jak również pojedynczych pokoi. Oprócz tego Airbnb umożliwia swoim użytkownikom i użytkowniczkom nabywanie innych usług. Wycieczka z przewodnikiem, lekcje gotowania, profesjonalne sesje zdjęciowe czy treningi ze sportowcami – możliwości jest wiele. To jednak najem krótkoterminowy stanowi główny obszar działalności portalu. Airbnb rozpoczęło swoją działalność na rynku już w 2008 roku, jednak w Polsce serwis pojawił się w okolicach 2014 roku. Firmę do kraju przyciągnęły między innymi rozgrywki Euro 2012.

Najem krótkoterminowy z kolei to wynajmowanie komuś swojego mieszkania, domu czy pokoju na doby. Z tej możliwości korzystają nie tylko osoby fizyczne. Ważnymi klientami Airbnb są też podmioty będące właścicielami wielu nieruchomości, których sposobem na zarobek jest masowy wynajem na krótkie okresy. Należy zaznaczyć, że kwestia najmu krótkoterminowego wciąż nie jest w żaden kompleksowy sposób uregulowana w polskim prawie.

Wyludniające się śródmieścia i wieczna impreza w starych kamienicach

Airbnb szybko stało się zmorą mieszkańców i mieszkanek centrów miast. Skupowane przez duże podmioty mieszkania szybko zaczęły być wykorzystywane wyłącznie pod najem krótkoterminowy. Atrakcyjne lokalizacje w sercu Warszawy, Krakowa czy Sopotu i bliskość atrakcji turystycznych sprawiły, że biznes zaczął się kręcić. 

Przybywało chętnych do wynajmowania pokoi czy mini mieszkań z widokiem na krakowski rynek. To oznaczało nie tylko windowanie cen (bo turyści za krótkoterminową przyjemność byli w stanie zapłacić więcej), ale również znaczne pogorszenie jakości życia mieszkańców i mieszkanek. Głośne weekendowe imprezy do późnych godzin nocnych, brud i śmieci na ulicach czy zwiększenie liczby sklepów monopolowych kosztem innych usług wywołały protesty. Warto przypomnieć sprzeciw społeczności krakowskiej dzielnicy Kazimierz. Jej członkowie i członkinie przyklejali w dzielnicy klepsydry z informacją o śmierci „Kazimierza Cichego”. W oknach zaczęły także pojawiać się plakaty informujące o obowiązywaniu ciszy nocnej i obecności w dzielnicy innych osób niż turyści. 

Jednak wskutek braku rezultatów wiele osób zdecydowało się opuścić centrum i przedmieścia w poszukiwaniu dzielnic wolnych od tłumów przyjezdnych. Z kolei podmioty skupujące nieruchomości bez sentymentu nabywały kolejne lokale, sukcesywnie przemieniając serca dużych polskich miast w strefy turystyczne. 

1000 zł za noc w kawalerce na Kazimierzu to podwyżka czynszu i dla Krystyny, i  dla Daszy

Temat rynku mieszkaniowego w Polsce jeszcze przed wojną wywoływał kontrowersje. Wiele Polek i wielu Polaków, szczególnie między 20. a 40. rokiem życia, powoli zaczęło godzić się ze smutną prawdą: w obecnym systemie, zmonopolizowanym przez ogromne firmy deweloperskie, przy zawrotnych cenach za metr kwadratowy nowego lokum, inflacji i poziomie zarobków, własne „M” jest raczej marzeniem, a nie, odległą nawet, rzeczywistością. Rynek najmu długoterminowego również boryka się ze swoimi patologiami: ceny z kosmosu, a metraż raczej skromny; do tego widok za oknem niewprawiający w dobry nastrój, a dojazd do centrum miasta utrudniony. Trwająca od 2020 roku pandemia koronawirusa mocno poturbowała ten sektor. A wojna w Ukrainie zadała mu kolejny cios.

Oczywistym i całkowicie bezsprzecznym był i jest fakt, że uciekających przed wojną trzeba przyjąć i udzielić im pomocy. Z pewnością w kraju, w którym od dawna funkcjonuje przemyślany, skonsultowany z ekspertami i skrojony pod nasze warunki system polityki migracyjnej ciężar dbania o zapotrzebowanie mieszkaniowe, żywieniowe, medyczne zostałby przesunięty na państwo i jego instytucje. Jak natomiast jest w rzeczywistości, widzimy wszyscy. To Polki i Polacy, wraz z organizacjami pozarządowymi, w pierwszej kolejności tłumnie ruszyli do pomagania. 

W zakresie zapewniania uchodźcom i uchodźczyniom dachu nad głową wykorzystano chyba większość możliwości. Zagospodarowano mieszkania prywatne, miejsca w hotelach, pensjonatach, bursach, nieużywanych budynkach. Ci, którzy mogli pozwolić sobie na wynajem za gotówkę, zaczęli szukać mieszkań i pokoi na wynajem na własną rękę. Większość Ukraińców i Ukrainek, którzy zdecydowali się zostać w Polsce, zdecydowanie mówi o tym, że zamierza wrócić do ojczystego kraju. Niech tylko skończy się wojna. 

Wesprzyj nasze działania na rzecz Ukraińców i Ukrainek. Wpłać na zbiórkę >>>

Kiedy jednak to się stanie, nie wiemy, a powrót do miast zrujnowanych przez ostrzały i wybuchy bomb też nie będzie taki prosty. Ostatni miesiąc był czasem ogromnej społecznej mobilizacji i próbą odsunięcia na bok problemów życia codziennego przeciętnego Polaka czy przeciętnej Polki. Jednak fakty są nieubłagane, nawet jeśli przez chwilę je ignorujemy. Wynajmowanie mieszkania w Polsce jest zmorą i ogromnym ciężarem finansowym dla większości osób. Ludzi w naszym kraju jest teraz dużo więcej, a za chwilę rozpocznie się sezon turystyczny. Właściciele i właścicielki ośrodków nastawionych na turystykę są zatem bardziej skuszeni zarobkiem z urlopów Polek i Polaków, niż rządową dzienną stawką (która notabene spadła ze 120 do 40 zł) za zapewnienie miejsca do życia uchodźcom i uchodźczyniom. Pojawia się więc pytanie: jak zapewnić tym wszystkim ludziom dach nad głową? I jak to zrobić, by za jego cenę nie byli zmuszeni odmawiać sobie jedzenia?

Jak sygnalizują eksperci, od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej najem w Krakowie podrożał o 26%, a we Wrocławiu – o 33%. Mieszkań na rynku jest też o wiele mniej. Dzieje się tak też dlatego, że z obrotu wycofano część ofert lokali, które teraz udostępnia się Ukrainkom i Ukraińcom za darmo. To wszystko sprawia, że w desperackim poszukiwaniu miejsca do życia będziemy musieli godzić się na wysokie stawki. Opcją może też stać się długoterminowy najem lokalu pierwotnie przeznaczonego pod krótki wynajem. Niestety, także w zawrotnej cenie przewidzianej dla portfela turystów i turystek.

Zwolennicy wolnego rynku zacierają ręce. uchodźczynie je załamują

Fatalny obraz sytuacji na rynku mieszkaniowym aż prosi się o wsparcie i interwencję ze strony państwa. O kwestii uregulowania najmu krótkoterminowego w kraju dyskutuje się od wielu lat. Czy dopiero sytuacja, w której kwoty za wynajem osiągną monstrualną wysokość, a żerowanie na cudzym nieszczęściu wyprowadzi z równowagi większość mieszkańców i mieszkanek Polski, będzie przyczynkiem do podjęcia działań w kierunku wprowadzenia jasnych przepisów i ograniczeń? Miejmy nadzieję, że nie dojdziemy do punktu krytycznego. Jedno jest pewne: kryzys humanitarny związany z wojną rosyjsko-ukraińską będzie trwał miesiącami. Bez systemowych rozwiązań lokalowych lub relokacyjnych się nie obejdzie. 

Ewa Owerczuk – menadżerka redakcji Salam Lab, wcześniej wolontariuszka w Punkcie Interwencji Kryzysowej na pograniczu polsko-białoruskim. Zarządzała zespołami w organizacjach pozarządowych i politycznych. Aktywistka na rzecz praw kobiet i ochrony środowiska. Przyszła prawniczka.

Źródła:

Krytyka Polityczna
Wirtualne Media
Rzeczpospolita
Krytyka Polityczna
Money.pl
Bankier.pl
Wypowiedź Beaty Siemieniako na Facebooku

Zdjęcie: Matthias Berg. Licencja: CC BY-NC-ND 2.0.




Najnowsze publikacje