,

„Takie mam rozkazy”. Żołnierz WOT poznaje prawdę o uchodźcach

fot. Karol Grygoruk
„Takie mam rozkazy”. Żołnierz WOT poznaje prawdę o uchodźcach

Kilka dni temu wzięłam na stopa dwóch chłopców. No dobra, młodych mężczyzn, mają po 19 lat. Jeden z nich był z Wojsk Obrony Terytorialnej. Nigdy nie widział uchodźcy. Nie uczestniczył w wywózkach, pushbackach. Na pytanie „co zrobisz, kiedy zobaczysz w lesie rodzinę uchodźczą?”, odparł „zadzwonię po Straż Graniczną”. 

Od sierpnia zeszłego roku Paulina Bownik, lekarka, pomaga w przygranicznych lasach osobom uchodźczym, które znalazły się tam, bo próbowały przedostać się z Białorusi do Unii Europejskiej. Migranci i migrantki spotykają się z nieludzkim traktowaniem ze strony białoruskich pograniczników: są bici, okradani, szczuci psami. Polska Straż Graniczna stosuje wobec nich nielegalne pushbacki i nie zapewnia podstawowej ochrony. Uchodźcy i uchodźczynie mają ogromne trudności, by rozpocząć w Polsce procedurę azylową. Zdarza się, że pozostają w lasach wiele miesięcy. Paulina Bownik zakłada im kroplówki, opatruje rany, udziela niezbędnej pomocy.

Totalna niewiedza

Rozmowa była długa, bo i droga była długa. Chłopak nie wiedział nic. Nie chodziło o różnice poglądów, po prostu nie miał żadnej wiedzy. Myślał, że uchodźcy to „rzucający kamieniami muzułmanie”. Nie wiedział, z jakich krajów są osoby uchodźcze, ile ich jest, jak przechodzą, dlaczego to robią. Ile uchodźców i uchodźczyń otrzymało azyl w krajach na zachodzie UE i z jakich przyczyn. Nasza władza postawiła go na granicy, dała do ręki karabin i ogromną władzę oraz odpowiedzialność. A on nie miał o niczym pojęcia. 

W trakcie jazdy przyswoił sobie takie oto fakty:

Osoby uchodźcze na polsko-białoruskiej granicy to od dawna w ogromnej większości chrześcijanie, często kobiety, także ciężarne, i dzieci. 

Osoby uchodźcze na granicy to ludzie zarówno wykształceni, na przykład lekarze i lekarki z Syrii, jak i analfabeci i analfabetki. Na przykład grupa Jezydek, których marzeniem jest pójść po raz pierwszy w życiu do szkoły, bo w ich społeczności „Bóg tego zabrania”.

Uchodźcy to nie „młode byczki, którym nie chce się walczyć za kraj”. W pierwszej grupie, którą spotkałam, byli żołnierze z Afganistanu. Kiedyś walczyli z Polakami. Musieli uciekać przed talibami. Opowiedziałam też o rodzinie Kurdów z Turcji z czwórką dzieci. Ojciec w wieku piętnastu lat został zmuszony do małżeństwa z dziewczynką, której nie znał. Tego samego dnia, kiedy się ożenił, poszedł walczyć. Z jednej strony groziła mu śmierć ze strony PKK, z drugiej – tureckie czołgi, które potrafią wjechać do kurdyjskiej wioski i zrównać ją z ziemią. Nierzadko spotykałam na granicy po prostu żołnierzy, którzy uciekali z najgorszych miejsc na Ziemi. 

Straż Graniczna naraża tych ludzi na śmierć

Uchodźcy i uchodźczynie z północnej granicy nie mogą pójść na przejście graniczne, bo białoruska strona tego przejścia nie działa. Poza tym, nawet gdyby działała, Polska nie przyjmuje od lat wniosków o azyl na tej części granicy, co widzieliśmy w Kuźnicy i w Terespolu. Z tego powodu dostaje wyroki skazujące Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Każdy pushback to ryzyko śmierci, gwałtu, pobicia, obcięcia palców, tudzież wszelkich innych możliwych tortur za karę, że dałeś lub dałaś się wypchnąć na Białoruś.

Ludzie wypychani wracają, bo chcą żyć. Bo nie mają wyjścia. Bo nie chcą, żeby ich torturowano. Dlatego przechodzą przez płot czasami po kilkanaście, kilkadziesiąt razy. 

Polscy żołnierze odwracają głowy, bo wiedzą, że ktoś inny da uchodźcom i uchodźczyniom jeść czy pić. Ktoś inny nie pozwoli im umrzeć w lesie. To my, aktywiści i aktywistki. Jesteśmy cholernie zmęczeni, bo Wy, mundurowi, nie robicie swojej roboty. 

Bo takie były rozkazy

Na granicy polsko-białoruskiej w szczytowym momencie, przed wojną w Ukrainie, mieliśmy 5 tys. mundurowych: Wojska Obrony Terytorialnej, Wojsko Polskie, Straż Graniczną, Straż Ochrony Kolei, policję i straż pożarną. Mimo tego, przez granicę przeszły tysiące ludzi. W samych Niemczech wniosek o azyl złożyło 14 tys. uchodźców i uchodźczyń, z czego 80% wniosków rozpatrzono pozytywnie. Poza państwem niemieckim osoby uchodźcze składały wnioski w wielu innych krajach UE: we Włoszech, w Hiszpanii, Francji, Wielkiej Brytanii, a mój uchodźca „zero” na przykład w Luksemburgu. Tysiące niezweryfikowanych w żaden sposób ludzi przechodzi przez nasz kraj, często wielokrotnie. To mogą być, teoretycznie, rosyjscy szpiedzy, islamscy terroryści i Bóg wie kto jeszcze, a jeśli ktoś z nich będzie chciał na przykład wysadzić w powietrze Pałac Kultury i Nauki, to nie będzie miał z tym żadnego problemu. 

W tym momencie chłopak zadał inteligentne pytanie. „W takim razie po co my tam, na granicy, stoimy?”. Z tego samego powodu, dla którego zbudowano zaporę, odparłam. Dla zachowania pozorów. Gdyby komukolwiek u władzy zależało na zatrzymaniu niezarejestrowanych migracji, zrobiono by to o wiele skuteczniej. Ale nie zależy. 

W trakcie rozmowy chłopak kilkakrotnie powtórzył, że „takie są rozkazy”. Uświadomiłam go, że dokładnie to samo mówili naziści w Norymberdze. Ale żeby nie szukać tak daleko, ci, którzy strzelali pod kopalnią „Wujek”, też tak się tłumaczyli. Taki rozkaz. 

Rozliczani są aktywiści, a nie Straż Graniczna

„Ktoś Was kiedyś z tego rozliczy”, powiedziałam. To jest zbrodnia. To łamanie praw człowieka. W Polsce nie ma tradycji karania tych, którzy wydają rozkazy. Za zbrodnie odpowiadają szeregowi mundurowi, którzy te rozkazy wykonują.

Padły też słowa „taka była przysięga. Na Boga, honor i ojczyznę”. Szybko doszliśmy jednak do wspólnego wniosku, że wyrzucenie ludzi, często kobiet i dzieci, na Białoruś, gdzie w najlepszym razie żołnierze policzą im 100 dolarów za butelkę wody i 10 za doładowanie jednego procenta baterii, nie jest zbyt honorowe. I nie ma wiele wspólnego z Bogiem. Bezpieczeństwo ojczyzny już sobie obgadaliśmy. 

Pod koniec dałam mu do przeczytania świadectwo młodej Syryjki z wybitym barkiem i złamanym ramieniem. Nastawiałam jej staw wiele miesięcy temu. Jakimś cudem kończyna jest sprawna, a dziewczyna dotarła do Niemiec, gdzie pracuje. Opisała przekroczenie granicy i pushbacki z własnej perspektywy. 

Kiedy chłopak oddał mi telefon, był okropnie blady, a na policzkach i czole miał szkarłatne plamy. Nie widziałam nikogo tak zszokowanego od czasu, kiedy moja nauczycielka z liceum przyłapała parę w pustej szkolnej sali na drugiej bazie. Zanim wysiadł z samochodu, zadałam mu pytanie. „Dalej myślisz, że zadzwonisz po Straż Graniczną, kiedy zobaczysz uchodźców?”. „Nie”, odparł cicho, „zadzwonię po Panią. Poproszę o nr telefonu”.

Gdy państwo nie działa

Może jestem naiwna, ale myślę że chłopak mówił szczerze. Nawet jeśli nie zadzwoni, to odwróci głowę. Wie, że ktoś pomoże. 

W sierpniu ubiegłego roku zawiesiłam własne życie na rok. Potraktowano mnie jak przestępcę. Trzymano w kordonie żołnierzy. Kłamano na mój temat. Nauczyłam się, jak wkuwać się w zapadnięte żyły, leczyć hipotermię, odwodnienie i niedożywienie, zakładać różnego rodzaju szyny i ortezy, zszywać rany, badać ginekologicznie, a przede wszystkim panować nad umysłem podczas długich, często nocnych, leśnych godzin. Każdy z wolontariuszy i wolontariuszek, nie tylko osoby z opieki medycznej, podejmował decyzje o życiu i śmierci. Wiele razy wypowiadałam się publicznie, bo ludzie chcieli słuchać. Często używałam niewłaściwych sformułowań po prostu ze zmęczenia. Teraz państwo polskie ma w zwyczaju wytaczać sprawy karne różnym aktywistom i aktywistkom, nie tylko tym z granicy polsko-białoruskiej. Muszę zdać egzamin, żeby być w stanie uciec z kraju i pracować w swoim zawodzie, jeśli będzie taka potrzeba. 

Co do chłopca z WOT, zastanawiam się, jakie uczucie we mnie dominuje. To są dzieciaki, mają po dziewiętnaście czy dwadzieścia lat i żadnej wiedzy, za to karabin w ręce, z którym idą na cywili. Po tej rozmowie zaczęłam ich, o zgrozo, rozumieć. 

Z drugiej strony, jestem wściekła. Statystyczny żołnierz jest mężczyzną. Statystycznie pomaga kobieta. Chodzimy do tego cholernego lasu z ciężkim plecakiem, żeby ktoś mógł przeżyć, kiedy żołnierz wojska polskiego odwraca głowę. 

Kochani, wspierajcie Grupę Granica. Brakuje wszystkiego, najbardziej ludzi, ale też kasy. Jeśli nie chcecie, żeby w lasach leżały trupy, to musicie nam troszeczkę pomóc. 

To będzie mój ostatni wpis na temat granicy. Trzymajcie kciuki za mój egzamin. 

Salam.


Paulina Bownik

Lekarka, która niesie pomoc na polsko-białoruskim pograniczu.





Najnowsze publikacje