Papieska góra. Ślady po raju

Przyjechałam tam po raz pierwszy w listopadzie 2024. Droga wiodła przez miasteczko Al-Ajzarija. Niby kilka kilometrów od Jerozolimy, a jednak daleko. Tu względność ma specyficzny punkt odniesienia. Palestyńczycy mają wszędzie dalej. Drogi są słabo utrzymane, poprzecinane tu i tam checkpointami. Rasa panów żyje na innych warunkach: dobre samochody suną po gładkich nawierzchniach. Nikt nikogo nie zatrzymuje, nikt do nikogo nie mierzy z broni, nie traktuje gazem, ani nie upokarza. Tak wygląda apartheid, jak uważali niektórzy europejscy myśliciele, wcale nie taki zły system, na pewno bardzo efektywny i opłacalny. Słyszę samą siebie i czuję niepokój.

W Al-Ajzarija widzę niewielki monument – klucz. Upamiętnienie katastrofy – Nakby, którą naznaczona jest cała palestyńska pamięć. Czystki etniczne w 1948 roku prowadzone przez izraelskie wojsko sprawiły, że 750 000 osób zostało wygnane z domów. 

Sklepy, kawiarenki, targowiska, sprzedawcy kawy zagadują przez okna samochodów na zakorkowanej ulicy. Z wesołego i pełnego życia miasteczka trzeba odbić na prawo, ciasną uliczką ku dolinie,  a potem, między porzuconymi resztkami samochodów, które tu „dojeżdża się” naprawdę do końca. I w górę. 

Jabal Al-Baba. Papieska góra. Miejsce wyjątkowe, spłachetek normalności w świecie apartheidu. 

Pielgrzymka do Jordanii

W roku 1964 papież Paweł VI – reformator kościoła katolickiego – opuścił bezpieczne mury Watykanu i postanowił wyruszyć w świat i skonfrontować się z rzeczywistością. To była jego pierwsza pielgrzymka. Dotarł wówczas do Jordanii. Atmosfera spotkania z ówczesną parą królewską musiała być na tyle dobra, że papież wyjeżdżał obdarowany nie byle czym. Oto otrzymał malowniczy fragmentem ziemi na terenach należących wówczas do Jordanii. Nazwano to miejsce Jabal Al-Baba – papieską górą. Papież wrócił do siebie i całkiem zapomniał o dobrach na antypodach. A losy świata potoczyły się dalej.

Pielgrzymka papieża musiała być wydarzeniem istotnym w regionie. Wszak od wieków mieszkają tu chrześcijanie. Od 48 roku doświadczają wraz ze swoimi muzułmańskimi sąsiadami takiej samej przemocy, żyją w systemie nierówności traktowani jako Arabowie z właściwą rasizmowi niechęcią. To ciekawe zjawisko urasawiania, które przesłania nawet względy religijne, opisała w książce „Sterroryzowani. W pułapce islamofobii” Suhaiymah Manzoor-Khan. Ale dziś też wiadomo, że chrześcijaństwo nie chroni przed przemocą osadników, przed żydowską supremacją, agresywnym syjonizmem. Wszak tylko im bóg obiecał ziemię, reszta powinna zniknąć. 

Być może wtedy, w tym 64 roku zdawało się, że wizyta papieża coś zmieni. Już 1967 rok to wojna Sześciodniowa, która zapoczątkowała trwającą do dziś okupację, której częścią stała się niezgodne z prawem międzynarodowym, nielegalne osadnictwo. Ani wizyta papieża, ani następnie wysiłki ogrywanego na różne sposoby, a na koniec otrutego polonem Jasira Arafata nie przyniosły efektu. 

Tymczasem w Jerozolimie, niedaleko bramy Jafskiej, odnajdujemy tablicę upamiętniającą pielgrzymkę. W Betlejem natomiast ulicę Pawła VI. Upamiętnienie papieskiej wizyty to z pewnością także upamiętnienie tamtych wysiłków, ślad po nadziei na pokój i równe prawa dla wszystkich. Takie oczywiste, a tak bardzo w tym rejonie świata nieosiągalne. 

Ród Jahalin walczy o przetrwanie

O historii papieskiej pielgrzymki dobrze pamiętają mieszkający na zboczach papieskiej góry Beduini. Oni także doświadczyli czystek etnicznych, które niechlubnie zapoczątkowały historię Izraela. Wygnani w 1951 roku z pustyni Al-Naqab, zatrzymali się właśnie na zboczach papieskiej góry i próbowali zacząć życie od nowa. Na ich dawnych terenach powstały wojskowe koszary, a gdzieniegdzie zamieszkali sprowadzeni z Europy osadnicy, nie wszyscy świadomi tego, że na tym terenie było wcześniej jakieś życie. Znajoma Żydówka mieszkająca właśnie w tamtych okolicach zwykła mówić, że jej (sic!) widok z okna przywodził na myśl pierwsze dni stworzenia świata. – Tak to musiało wyglądać – dodawała zachwycona jakby zupełnie pozbawiona świadomości, że przed nimi było jakieś życie na tym terenie, że kwitło i kwitła także unikatowa kultura. Pofałdowana rdzawa pustynia, której część jest stosunkowo żyzna i zasobna w wodę była ojczyzną dla części beduińskich grup. – Żyło nam się tam bardzo dobrze. Niczego nie brakowało, ani jedzenia ani wody – mówi Fatma ze społeczności Beduińskiej, liderka kobiecej społeczności, wykształcona i przedsiębiorcza młoda osoba. – Tata opowiadał mi, że wystarczyło odgarnąć piasek, żeby dotrzeć do wody, a powietrze miało właściwości zdrowotne szczególnie dla osób z astmą.

Takie drobiny pamięci o życiu na Pustyni An-Naqab przetrwały w młodszym pokoleniu. Tymczasem życie toczy się dalej, młode pokolenie buduje swoją codzienność w nowych miejscach, mimo że do doskonałości im daleko. Ale niemal każdy przekonuje mnie: nam wystarczy, że pozwolą nam tu zostać, że pozwolą nam żyć. 

Oto codziennością w osadach beduińskich są najazdy osadników. Pobicia, kradzieże, wylewanie ścieków na tereny gdzie mieszkają, uprawiają ogrody i pasą zwierzęta Beduini. A w końcu także morderstwa. Zwykle policja, czy wojsko jedynie chronią opresorów. Nie ma się do kogo odwołać. Społeczności beduińskie pozbawione są wszelkich praw. Nakazy demontażu nie tylko prostych domków z blachy, ale też budynków gospodarczych to także codzienność. Tereny, na których zatrzymali się Beduini to przede wszystkim tzw. Strefa C, która w logice nielegalnej okupacji zarządzana jest zarówno cywilnie jak i wojskowo przez Izrael . Do większości nie dojeżdżają karetki, dostęp do sklepu, lekarza, szkoły bywa skrajnie utrudniony. Zresztą nikt nie wie ile w osadach jest dzieci, starców, osób ze specjalnymi potrzebami. Obecnie Izrael puścił w ruch kolejną machinę przemocy – oto uruchomiono zamrożony na wiele lat plan E1 zakładający nielegalne przejęcie przez Izrael terenów na północ od Jerozolimy, gdzie leży wiele osad Beduińskich, w tym także papieska góra. Budowana będzie nowa droga dla osadników, izraelskie lotnisko. Beduini mają zniknąć. W pobliskim Khan Al-Ahmar Izrael próbuje zniszczyć szkołę zbudowaną przez lokalną społeczność z opon i gliny. I tak od pewnego czasu dzieci z tej i okolicznych osad nie mają lekcji, bo nauczyciele boją się przyjeżdżać na tereny strefy C narażone na nieustanną izraelską przemoc. 

Osada na papieskiej górze doświadcza tej samej przemocy, niemniej na samym terenie należącym do Watykanu panuje spokój, w ogrodzie zakwitają zioła, z których już niedługo kobiety zaczną przygotowywać wonne olejki. Na zielonej trawie trwa piknik, dzieci grają w piłkę, zaraz przyjedzie mobilna klinika współfinansowana przez polskie organizacje. Pod niskim budynkiem przychodni ustawi się kolejka. Na tym spłachetku ziemi ramy normalności zostały zachowane. Ale historia biegnie dalej i za nic nie chce się zatrzymać. 

Nomadyzacja

Siedzimy wraz z wolontariuszami i wolontariuszkami programu EAPPI – ekumenicznym zespołem obserwatorów łamania praw człowieka – w biurze Atalli – lidera społeczności mieszkającej na papieskiej górze. Jesteśmy z Atallą w podobnym wieku. Dzieci nam dorastają, mamy jeszcze zawodowe plany i ambicje i jakiś bagaż doświadczeń. Na przykład doświadczenia z hodowli zwierząt. Pokazuję zdjęcia z bacówki w Beskidzie Niskim. – U nas ta praca jest szanowana i chroniona, a sery robione przez górali mają certyfikaty, są traktowane jako chronione dziedzictwo. Może i Wasza praca mogłaby być chroniona przez jakieś UNESCO – mówię. 

– Tak właśnie żyliśmy – mówi Atalla i przegląda zdjęcia z redyku – wyprowadzaliśmy zwierzęta tam, gdzie miały co jeść, przeprowadzaliśmy w inne miejsca, Mieliśmy taki letni i zimowy teren. Zimą rodzą się młode, zwierzęta muszą mieć schronienie, przez jakiś czas się nie doi. 

– Wiadomo – dodaję – tak samo u nas. 

Tak samo, a jednak życie Beduinów opowiada się jako wieczną wędrówkę. To wygodne. Wędrowni ludzie nie potrzebują swojego miejsca, nie mają ziemi, ergo można przeganiać ich z miejsca na miejsce. „Konflikt między państwem Izrael a Beduinami z Nakabu jest często przedstawiany jako konflikt, w którym „nowoczesne państwo” konfrontuje się z „koczownikami”, którzy uparcie odmawiają „osiadłego trybu życia”, w rzeczywistości to państwo Izrael przymusowo „nomadyzowało” Beduinów kiedy próbowali trzymać się swojej ziemi. Nomadyzacja zrodziła się zatem na styku kolonialnych fantazji o wykorzenieniu rdzennej ludności, egzotyzacji wizerunku Beduinów jako żywych reliktów  biblijnej przeszłości oraz strategicznego odmawiania im praw do ziemi” – pisze Gadi Algazi w artykule „Nomadizing the Bedouins: Displacemen, Resistence, and Patronage in the Northern Naqab, 1951 -52” na kartach Journal of Palestinian Studies. 

Oprócz prawa do ziemi ogranicza się także prawo do wypasu zwierząt. Dziś, nie mając pracy poza osadą, nie mogąc wypasać zwierząt, Beduini walczą nie tylko o przetrwanie, ale także o zachowanie swojej kultury i tradycyjnego sposobu życia i są w tej walce niezwykle zdeterminowani. Kiedyś byli w zasadzie samowystarczalni, dziś zmuszeni są kupować jedzenie nie tylko dla swoich rodzin, ale także dla zwierząt. Stada sukcesywnie maleją, kozy i owce stają się dodatkiem do życia w nieustannym braku. 

Tymczasem osadnicy, coraz gęściej otaczający beduińskie osady, kradną nie tylko ziemię, nie tylko zwierzęta, bywa, że kradną kulturę. W dolinie Jordanu, zespół wolontariuszy, z którymi pracowałam donosił, że osadnicy przebierają się w tradycyjne beduińskie stroje, uczą się odmiany dialektu języka arabskiego tak, by brzmiał jak mowa Beduinów. Hodują zwierzęta na ukradzionym terenie. Niedługo turyści będą zachwycać się sielankowym widokiem pasterzy jak z biblijnych ilustracji, ale nie będą to już Beduini, ale przebierańcy, faktycznie – bezwzględni kolonizatorzy. Cała bowiem osadnicza rzeczywistość ma w sobie coś z symulacrum, jest rzeczywistością fakeową, sztuczną, realizacją wyobrażeń, które przydają nienależne znaczenia terroryzmowi, przemocy, pogromom. 

Beduini jadą do Watykanu

Przemoc osadników nie ominęła papieskiej góry. Udało się jedynie ochronić spłachetek ziemi, ten należący do Watykanu, z sosenkami, biurem Atalli, przedszkolem, centrum dla kobiet, gdzie co dwa tygodnie przyjmują lekarze. A było tak:

Pewnego dnia, po kolejnym osadniczym pogromie, lider społeczności nie wytrzymał. Zebrał wszystkie dostępne dokumenty i ruszył do Watykanu. Przypomniał papieżowi, że góra należy do niego i że Izrael nie ma do niej prawa. Dostał wówczas zapewnienie, że Beduini mogą zarządzać terenem. Historia ta została uwieczniona w komiksie „Life under occupation” autorstwa José Pablo Garcia.  Atalla przechowuje ten komiks w swoim biurze.

Zatem wydawało się, że wygrana. Można odetchnąć i żyć. Atalla miał plany, może glamping w beduińskim stylu? Jego społeczność mogłaby przyjmować turystów, sprzedawać im swoje produkty. Nawet rozpoczął prace, ale potem przyszedł covid, turystyka stanęła, a ledwie ten się zakończył, nadszedł 7.10 i wszystko się zmieniło. Okupacja zamieniła się w eksterminację. 

Mieszkańcy osady nie mieszkają na terenie należącym do papieża, ale wokół niego.  Osada liczy kilkanaście prostych blaszanych domków, ma za sobą już niejeden najazd, dewastację, przemoc. Ze szczytu góry, czyli z okien wielu domków widać jedno z największych skupisk osadników – Male Adumim. To coś na kształt sztucznego miasta pełnego identycznych domów jak z gry The Settlers, kopiuj – wklej. Male Adumim to ważna część planu E1. 

Dlaczego umarł Mohammed

Któregoś dnia przyjechaliśmy do Jabal AL-Baba pod wieczór. Zaczęło się ściemniać. Atalla powiedział, że jest zajęty i jeśli chcemy możemy pojechać z nim. Wsiedliśmy do małego samochodu i ruszyliśmy w górę. Po drugiej stronie w ciemności świeciły światła Male Adumim, jakby nie pozwalały zapomnieć o nieuchronnym końcu. Weszliśmy do obszernego pomieszczenia wybitego tkaninami w czarno-czerwono-białe wzory nawiązujące do tradycyjnych. W środku stał piec i było przyjemnie ciepło. Nigdy tak nie zmarzłam jak w Palestynie. W większości domów nie ma tu ogrzewania, a temperatura potrafi spaść do zera. 

Po chwili pojawiło się pięciu młodych mężczyzn. Siedli obok nas na poduszkach i materacach, przywitaliśmy się i na chwilę rozmowy przeszły na arabski. 

– Ich brat pracował dla osadników. Wykańczał im mieszkanie – wyjaśnił nam po chwili Atalla  – niedawno osadnicy, jego pracodawcy, po prostu go zastrzelili. 

– Dlaczego? – pytamy naiwnie, bo nie jesteśmy w stanie zrozumieć i przyjąć okupacyjnej logiki. 

Atalla wspiera rodzinę. Taka jego rola. 

Przychodzi czas modlitwy. Towarzyszymy im. Jesteśmy na chwilę razem w tej bolesnej sytuacji. Chociaż tyle. 

Piknik pod wiszącą skałą

Jeden z ostatnich dni tamtego pobytu w Palestynie spędziłam właśnie tu. Był piękny dzień. Szło ku wiośnie. Kwitły krokusy i robiło się coraz cieplej choć noce nadal były zimne. Na papieskiej górze zebrały się kobiety z dziećmi. Na stołach rozłożyły jedzenie, na małej kuchence gotowały herbatę z szałwią, łuskały słonecznik i dynię i rozmawiały. Dosiadłyśmy się z koleżanką. Od razu przybiegły też dzieci dowiedzieć się co to za obce panie, pochwalić się fikołkami, piosenkami i kilkoma słowami po angielsku jakich nauczyły się w szkole. 

– Ja mieszkam w Jerozolimie, a Malak w Abu Dis, czyli po drugiej stronie muru. Malak nie ma prawa do mnie przyjechać, bo ma dokumenty z Zachodniego Brzegu. A kiedyś chodziłyśmy razem do szkoły w Jerozolimie. Mur wszystko zmienił. Dlatego co pewien czas umawiamy się tu. 

-To piękne i czyste miejsce – dodaje Malak odrzucając dzieciom piłkę. Chłopaki postanowili jednak iść na boisko zamiast siedzieć z nami przy stole. – Czasem organizowane tu są różne warsztaty

– O tak, ja byłam na przykład na warsztatach robienia mydeł. To było bardzo ciekawe. 

– Musimy spytać, czy znów coś planują – Malak zwraca się do koleżanki. 

– Może jakiś taniec, albo gimnastyka. 

Sielanka. Wieje ciepły wiatr, kobiety poprawiają pastelowe chustki, rozmawiają, śmieją się. Można całkiem zapomnieć o okupacji. 

Wracamy do domu i piszemy list do papieża Franciszka. Chcemy mu podziękować za ten kawałek raju, za podarowane ludziom i naturze bezpieczeństwo. Dołączamy zdjęcia z pikniku, widok na plac zabaw, na ogród ziołowy. 

Niedługo po tym jak wysłaliśmy list papież umiera. Pewnie nigdy naszego listu nie dostał, nigdy go nie przeczytał, nie dowiedział się, jak wiele zmienia w życiu ludzi i w krajobrazie bezpieczeństwo. Jak pięknie szumią sosny i kwitnie rozmaryn kiedy nie trzeba się bać. 

My, po tej stronie świata, w ogóle nie musimy się nad tym zastanawiać. 

***

Wracam tu po roku. Pogoda jest podobna. Znów to ciepłe słońce. Będzie mi tego bardzo brakowało w Polsce. Siedzimy z kolegą pod sosenkami, obok szczeniak droczy się z kotem. Cisza, spokój. Odgłosy miasta są stłumione, gdzieś pomiędzy skromnymi domkami zaryczał osioł, zameczała koza. Życie. Pod powiekami wciąż mam tamten piknik, wesołe dzieci, radosne rozmowy. Ale sytuacja się rozwija, czas nie stoi w miejscu, szczególnie boleśnie odczuwa się to w okupacyjnej rzeczywistości. Od stycznia 2026 nie przyjeżdża już mobilna klinika. Lada moment nowa droga dla osadników odetnie papieską górę od świata. Najprostsze zakupy będę stanowić wyzwanie. Nikt już tu nie przyjedzie na piknik, nie dotrze karetka, nie da się zrealizować żadnego projektu dla kobiet, ani dla dzieci. Ale znam Atallę i wiem, że jego kreatywność przekracza bariery płoty i mury, na pewno coś wymyśli, z pewnością zrobi wszystko dla swojej społeczności i się nie podda. 

Ale każdy w tej opowieści ma swoje zadanie. 

Także ty, czytający dziś te słowa w zaciszu swojego bezpiecznego domu. Także ty. 

Joanna Sarnecka – antropolożka kultury, badaczka, zaangażowana w pomoc humanitarną na granicy polsko-białoruskiej oraz w kwestie obrony praw człowieka w kontekście przymusowej migracji. Członkini kolektywu Queer without Borders. Jest także artystką, zajmuje się performancem i sztuką opowieści. W ramach założonej przez siebie grupy Opowieści z Walizki, od dwóch lat prezentuje spektakl narracyjny „Wędrówka Nabu”, na motywach bajki Jarosława Mikołajewskiego o sytuacji dzieci w drodze oraz prowadzi warsztaty o przyczynach migracji. Przygotowała także perfromance butoh „LifeLocation” ku czci osób, które zginęły na granicy polsko-białoruskiej, pokazywany m.in. na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Butoh, BUTOHPOLIS. Autorka książek literackich, tekstów piosenek, wierszy i tekstów krytycznych.

Podobne wpisy