Długofalowy projekt „Żyj w Krakowie” to program Salam Lab, podczas którego 20 rodzin z doświadczeniem uchodźczym otrzymuje systemowe wsparcie przez 12 miesięcy.

To program jedyny w swoim rodzaju. Po pierwsze, pomagamy tym, dla których rozpoczęcie nowego życia w Krakowie może być podwójnie trudne. Po drugie, dążymy do samodzielności rodzin.

Dedykowany zespół znajduje dla rodziny mieszkanie, wspiera w inicjacji życia zawodowego, umieszczeniu dzieci w szkołach oraz dalszej edukacji. Dodatkowo asystentki społeczne pomagają w nawigowaniu po sferach takich jak służba zdrowia, opieka psychologiczna, nauka języka polskiego czy zajęcia rekreacyjne. Wszystko po to, by rodziny po 12 miesiącach były niezależne i samodzielne. By w Krakowie poczuły się jak w domu.

Wśród osób, które wspieramy są przede wszystkim rodziny, którym trudniej zaadaptować się do warunków życia w Polsce oraz które pomimo ucieczki przed wojną, nie zawsze mogą liczyć na pomoc innych. Kto bierze udział w naszym projekcie wsparcia długoterminowego? Samodzielne mamy, wielodzietne rodziny, osoby z niepełnosprawnościami, rodziny z dużą barierą językową, przedstawiciele i przedstawicielki (często dyskryminowanych mniejszości), osoby prześladowane w krajach pochodzenia, osoby starsze, osoby LGBTQA+.

To właśnie dla takich rodzin stworzyliśmy długofalowy projekt wsparcia systemowego „Żyj w Krakowie”, finansowany przez Salam Lab, Jewish Community Centre Kraków (JCC) i Fons Catala.

20 rodzin, 20 historii, kilkadziesiąt wyjątkowych osób, nowych mieszkanek i mieszkańców Krakowa z całym ich potencjałem, umiejętnościami i pomysłami. 

Jak to działa?

Po pierwsze
nowy dom.

Własne miejsce z umową opłaconą na 12 miesięcy. Osobom z doświadczeniem uchodźczym bardzo często towarzyszy poczucie tymczasowości. Zmieniają miejsca, przez co trudniej im planować i tworzyć swoją przyszłość. Chcemy to zmienić! Zapewnić im dobre warunki, by mogli się skupić na realizacji swoich potrzeb. By krok po kroku mogli na nowo ułożyć swoje życie. 

Po drugie
wsparcie integracyjne.

Ten rok to czas na adaptację, ale też wspólną pracę. Każda z rodzin objętych programem będzie współpracować z asystentką, osobą, która będzie im towarzyszyć, wspierać, ale przede wszystkim czuwać nad tym, by ich decyzje mogły być jak najbardziej niezależne. 

To czas na znalezienie dobrej pracy, naukę języka, szkołę i, co bardzo ważne, odbudowanie swojej odporności psychicznej. To dłuższy proces zmiany. Osoby, z którymi będziemy pracować, są na nią otwarte. Stworzymy im możliwości. 

Nasze wsparcie prowadzi do pełnej autonomii i sprawnego funkcjonowania w społeczności mieszkanek i mieszkańców Krakowa.

Rodziny

Prezentujemy historie rodzin, które biorą udział w programie Salam Lab „Żyj w Krakowie”.

Wszystkie szczegóły umożliwiające zidentyfikować osoby uchodźcze zostały zmienione.


Aadila i Niloofar

20-letnia Niloofar i 22-letnia Aadila. Dwie siostry, które uciekły z Afganistanu, gdzie władzę przejęli talibowie. Młode kobiety stwierdziły, że w ich kraju nie ma już dla nich życia. Od zawsze były niezależne, uczyły się, studiowały, dbały o swój rozwój, uwielbiały sport i były aktywne społeczne. Bały się, co talibowie zrobią niezależnym Afgankom. Z Afganistanu uciekły we dwie. A podróżujące samotnie kobiety w ich kraju nie są codziennym widokiem. Po bardzo długiej podróży dotarły do Krakowa, gdzie dowiedziały się o Salam Labie. 

Niloofar i Aadila – dwie siostry z Afganistanu, które pokochały Kraków

Aadila i Niloofar zaczęły w Krakowie od nowa. Tu mogą dalej dbać o swoją niezależność i rozwój, studiować. Obydwie uczą się dziś na jednej z krakowskich uczelni. Aadila i Niloofar są też bardzo aktywnie społecznie. Biorą udział w licznych wydarzeniach, panelach, głośno mówią o prawach kobiet w Afganistanie. Są też aktywne dosłownie, ponieważ uwielbiają sporty, a zwłaszcza górską wspinaczkę.

I uwielbiają Kraków! Uwielbiają też swoje nowe mieszkanie. Jak same się śmieją, gdy tylko wyjadą z miasta na kilka dni, już tęsknią za swoim nowym domem, a za każdym razem, gdy idą przez Rynek Główny, zachwycają się, w jak pięknym miejscu mogą żyć. Aadila i Niloofar mają nadzieję, że kiedyś będą mogły pokazać piękny Kraków swoim bliskim, którzy zostali w Afganistanie.


Anna, Natalia, Oleksander

Anna przyjechała do Polski 8 marca 2022 roku z dwójką dzieci: 11-letnią Natalią i 2-letnim Oleksandrem. Uciekli z Jużnoukrajińska, miasta w Ukrainie w obwodzie mikołajowskim. Anna od początku wiedziała, że musi wyjechać: po pierwsze, by zapewnić swoim dzieciom bezpieczeństwo, po drugie, by mieć pewny dostęp do leczenia. Kobieta leczy się onkologicznie. Choć widać, że bardzo cierpi, przechodzi kolejne chemioterapie, radioterapie i czeka na operację, nie poddaje się.

Anna, jej 2-letni syn Oleksander i 11-letnia córka, Natalia. Rodzina z Jużnoukrajińska, miasta w Ukrainie w obwodzie mikołajowskim.

Dziś rodzina ma przytulne mieszkanie w centrum Krakowa. Natalia chodzi do szkoły, w której od razu znalazła sobie nowych kolegów i koleżanki, a Oleksandr – do żłobka. Jest z nimi też Lucky, buldog francuski. Cała trójka nie wyobrażała sobie ucieczki przed wojną bez czworonożnego przyjaciela, który jest w końcu członkiem rodziny. Towarzyszy im we wszystkim.

Jak mówi z jedna asystentek programu „Żyj w Krakowie”, Anna, Natalia, Oleksandr i Lucky to bardzo kochająca się rodzina. Wszyscy starają się dbać o siebie nawzajem, pomimo bardzo trudnych doświadczeń. Do rodziny do Krakowa regularnie przyjeżdża też babcia z Ukrainy. Wspiera córkę zmagającą się z tą samą chorobą, z którą ona sama walczyła w przeszłości.

Anna ma nadzieję, że gdy wyzdrowieje, będzie mogła znów wrócić do pracy – w końcu skończyła trzy kierunki studiów, a rozwój jest dla niej bardzo ważny. Chce działać i zapewnić swoim dzieciom dobrą przyszłość. Chce, żeby były szczęśliwe.


Bohdan, Olena, Polina, Ivan, Igor, Anna, Yulia

Bohdan i Olena to starsze małżeństwo z okolic Kijowa. Obydwoje skończyli jedną z ukraińskich politechnik, to tam się poznali i zakochali. Gdy urodziło im się dziecko, zabierali je na zajęcia, by nie przegapić ani jednego wykładu. Bohdan pracował później w znanej fabryce broni antyrakietowej. Z Ukrainy uciekli na początku marca z dorosłą córką Poliną i jej dziećmi: 13-letnim Ivanem, 12-letnią Anną, 9-letnim Igorem i 4-letnią Yulią.

Bohdan i Olena z córką Poliną wnukami. Pochodzą z Kijowa

Choć rodzina musiała uciekać przed wojną i wszyscy bardzo chcieliby wrócić do domu, dziś cieszą się z tego, że poczuli się w Krakowie jak w domu. W ramach programu „Żyj w Krakowie” Salam Lab znaleźli odpowiednie mieszkanie w centrum miasta. Rodzina boryka się z różnymi problemami zdrowotnymi, ale koordynatorki programu robią wszystko co w ich mocy, by mogli poradzić sobie z dolegliwościami. 

Bohdan pracuje dorywczo pod Krakowem. Chciałby nadal robić to, co kocha, dlatego w ostatnim czasie od nowa przygotowuje swoje CV. Zależy mu na tym, by móc dzielić się swoją specjalistyczną wiedzą w Polsce. Chętnie chodzi też na lekcje polskiego. Polina, choć tak jak rodzice skończyła politechnikę, dziś studiuje pielęgniarstwo. Ma nadzieję, że dzięki tym studiom, będzie mogła robić zawodowo to, co ją interesuje, i pomagać innym.

Jest bardzo wdzięczna za wsparcie mamy Oleny, która każdego dnia odwozi trójkę dzieci do szkoły, opiekuje się najmłodszą wnuczką, pomaga w lekcjach, jednym słowem: ciężko pracuje w domu. Ivan, Igor i Anna bardzo lubią swoją nową szkołę. Najmłodsza Yulia też nie może doczekać się tego, aż tak jak bracia i siostra zostanie uczennicą. Dziewczynka do tej pory wspomina wyjście do ZOO zorganizowane przez Salam Lab dla rodzin biorących udział w programie „Żyj w Krakowie”. Mówi, że nigdy nie widziała tylu zwierząt, opowiada o tym, jak karmiła alpaki.

Choć cała rodzina marzy o tym, by wojna w Ukrainie się skończyła, doceniają to, że mogą nadal prowadzić aktywne życie, pracować i rozwijać się tu, w Krakowie.


Daryna i Artem

Daryna i jej 13-letni syn Artem pochodzą z miasta Aleszki w obwodzie chersońskim. Kobieta dobrze pamięta 24 lutego i swoje zdziwienie, że jej koleżanka dzwoni do niej tak wcześnie rano. To od niej dowiedziała się, że rozpoczęła się rosyjska inwazja. Daryna poczuła, że musi zacząć coś robić. Pobiegła do bankomatu, zrobiła podstawowe zakupy. O wyjeździe z Ukrainy zdecydowała, gdy świat dowiedział się o tym, co siły Putina zrobiły w Buczy. 

Tak mama z synem trafili do Krakowa. Dziś Daryna czuje ulgę, że jej i synowi nic nie grozi. Nie ukrywa, że martwi ją sytuacja w Ukrainie. Opowiada, że na początku maja zadzwoniła do niej z rodzinnego miasta jej sąsiadka i jednocześnie przyjaciółka, której mieszkanie znajduje się piętro wyżej. Kobieta dostała klucze do mieszkania Daryny, gdy ta zdecydowała się na wyjazd, i podlewała kwiaty. Zadzwoniła, bo rosyjscy żołnierze właśnie odebrali jej siłą klucze do mieszkania przyjaciółki i je zajęli.

Pomimo lęku Daryna przyznaje też, że zakochała się w Krakowie, to dla niej miasto jak z pocztówki. Uwielbia krakowską zieleń i parki. Jak wspomina, na wjeździe do miasteczka Aleszki widniał duży napis „najbardziej eko miasto w Ukrainie”. Kraków daje więc Darynie namiastkę domu. 

Kobieta zajmuje się przede wszystkim opieką nad synem z niepełnosprawnością. Gdy ma czas dla siebie, uwielbia czytać, zwłaszcza książki detektywistyczne i przygodowe oraz klasykę. Artem tęskni za swoimi kolegami i koleżankami z Ukrainy i, jak śmieje się jego mama, przechodzi teraz okres nastoletniego buntu. Dużą radość sprawia mu gra w piłkę. Ostatnio chłopiec zaprosił w odwiedziny swojego dobrego kolegę z Polski i wspólnie rozegrali mecz na małym boisku pod blokiem.

Na pytanie o to, o czym teraz marzą, Daryna odpowiada, że dziś pragną tylko jednego: aby zakończyła się wojna.

Hanna, Taras, Vasyl

Hanna i jej synowie, Taras i Vasyl, to rodzina z miasta Umań w obwodzie czerkaskim. Kobieta doskonale pamięta, jak 23 lutego wieczorem uczestniczki zajęć fitness w klubie sportowym, gdzie pracowała jako trenerka, były bardzo podzielone – jedne mówiły, że to niemożliwe, że wybuchnie wojna; inne, że jest ona nieunikniona. Okazało się, że wojna nadeszła już następnego ranka.

Hanna na wspomnienie 24 lutego ma ciarki na rękach. Doskonale pamięta to, jak ich dom cały się trząsł. Sypiące się fragmenty sufitu obudziły rodzinę o świcie. W pobliżu Umania znajdowały się składy broni, które szybko stały się celem rosyjskich sił. Hanna uważa, że przez pierwsze tygodnie wszyscy funkcjonowali jak zombie. Życie toczyło się w piwnicy, w której schronili się też sąsiedzi. Hanna dla dobra swoich dzieci musiała jednak podjąć decyzję o wyjeździe. Zwłaszcza że Vasyl został przez nią adoptowany zaledwie tydzień przed wybuchem wojny.

Przed wyruszeniem do Krakowa kobieta dokładnie sprawdziła w internecie, gdzie osoby z doświadczeniem uchodźstwa mogą uzyskać wsparcie, do jakiej szkoły integracyjnej mogą chodzić jej synowie. Rodzina przyjechała do Polski w sierpniu. 

Miejsce zamieszkania cała trójka zmieniała sześć razy. Później Hanna i jej synowie zakwalifikowali się do programu „Żyj w Krakowie” i już od kilku miesięcy cieszą się swoim mieszkaniem. Vasyl w ostatnim czasie miał nogę w gipsie, a jak śmieje się jego mama, w związku z tym, że ich mieszkanie znajduje się na piątym piętrze bez windy, mogła przetestować swoje umiejętności trenerki fitness.

Hanna przyznaje, że choć ma 35-letni staż trenerki fitness, często nie ma już siły na to, by jeszcze poćwiczyć – w końcu samodzielnie opiekuje się dwoma dorastającymi chłopcami zmagającymi się z różnymi problemami ze zdrowiem. Gdy synowie wracają ze szkoły, ich mama nadrabia z nimi zaległości, które nie są realizowane w klasie specjalnej, do której chodzą. Kobietę bardzo relaksują kąpiele w wannie. Próbuje też trzymać się zdrowego trybu życia.

Na pytanie, jak żyje się im w Krakowie, Hanna bez wahania mówi: „jak w domu”. Dodaje, że uwielbia krakowską zieleń. Przy swoim domu w Ukrainie miała własny ogródek, w którym sadziła kwiaty. Przyroda bardzo ją uspokaja. Hannie podoba się też klimat starych krakowskich kamieniczek. I bardzo docenia to, że w Krakowie można poruszać się tramwajami.

Kobieta przyznaje jednak, że jej życie dzieli się na „przed” i „po” wojnie. Marzy o tym, by Ukraina była wolna, a jej dzieci zdrowe, szczęśliwe i samodzielne.


Anna i Anastasia

Anna pochodzi z małego miasta w obwodzie odeskim. W swoim życiu przeszła bardzo wiele. Choć jak sama mówi, może zabrzmieć to strasznie, to dzięki wojnie mogła uwolnić się od bardzo toksycznej relacji. W jej miejscu zamieszkania było względnie spokojnie, ale po kilku miesiącach zrozumiała, że w Ukrainie nie jest już dla niej pod żadnym względem bezpiecznie. Uciekła wraz z 7-letnią córką, Anastasią, w lipcu 2022 r.

Anna i jej 7-letnia córka, Anastasia. W Krakowie znalazły swoje miejsce na Ziemi

Rodzina otrzymała wszelkie niezbędne wsparcie prawne, psychologiczne. Anna i Anastasia w końcu poczuły, że są bezpieczne. Dziś mają przytulne mieszkanie na poddaszu w centrum Krakowa, w którym żyje im się bardzo dobrze. Jak mówi Anna, choć to malutkie mieszkanko, czują, że to ich miejsce na Ziemi, nie zamieniłyby go na żadne inne. Ma nadzieję, że zostaną w nim także, gdy skończy się program, a nawet wojna.

Dziś Anna może postawić na siebie i zająć się samorozwojem. Znalazła pracę jako nauczycielka w szkole podstawowej. Anastasia jest z kolei uczennicą pierwszej klasy w jednej z krakowskich szkół. Dziewczynka bardzo zaprzyjaźniła się z dziećmi sąsiadów. Anna regularnie widzi uśmiech na jej twarzy i wie, że jej córka jest teraz szczęśliwa. Że Kraków to ich nowy dom. Że wszystko będzie już teraz dobrze.


Olena i Ivan

48-letnia Olena i jej 16-letni syn Ivan to romska rodzina z Pokrowska, miasta w Ukrainie w obwodzie donieckim. Z domu uciekli 6 marca 2022 r., trafili do Krakowa. „Od razu zwróciło naszą uwagę to, jak ciepła jest to rodzina” – zauważa jedna z asystentek rodzin w projekcie „Żyj w Krakowie”. Z powodu romskiego pochodzenia matka z synem doświadczali w Polsce i w Ukrainie dyskryminacji. Jednak dziś czują, że zaczynają życie od nowa, a pomimo koszmaru wojny dostali drugą szansę.

Olena i jej 16-letni syn Ivan. Romska rodzina z Pokrowska, miasta w Ukrainie w obwodzie donieckim. Olena i Ivan zamieszkali w dwupokojowym mieszkaniu w centrum w ramach projektu „Żyj w Krakowie”

Ivan jest bardzo miłym chłopcem. W Polsce znalazł sobie już przyjaciół. Marzy o tym, by programować. Wolontariusze pochodzący z Rosji, również ofiary Putina, bardzo chcą mu w tym pomóc, już zaoferowali swoje wsparcie, a marzenie Ivana być może się spełni. Bardzo chce się uczyć i wykorzystać wszystkie szanse, które dostaje. Dziś jest uczniem technikum. Jego mama wręcz nie mogła uwierzyć, gdy usłyszała, że jego marzenie o dobrej szkole się spełnia.

Olena również chce działać. Kobieta od początku podkreślała, jak bardzo chce pracować. Udało się, a dziś Olena jest pomocniczką w kuchni jednej z najlepszych krakowskich restauracji. Jest bardzo zadowolona, udało jej się zdobyć umowę o pracę i z tego powodu cieszy się podwójnie. Mówi, że chciałaby pracować nawet więcej, rozwijać swoje umiejętności.

Olena i Ivan zamieszkali w dwupokojowym mieszkaniu w centrum miasta. Salam Lab wspiera ich w ramach projektu pomocy długofalowej „Żyj w Krakowie”. Śmieją się, że w ich nowym domu, który znajduje się w środku miasta, jest bardzo głośno. Ale są bardzo wdzięczni za całe wsparcie, które otrzymali, za bezpieczeństwo i możliwości. Chętnie uczęszczają na lekcje polskiego, rozmawiają też z psychologiem. Olena i Ivan są na dobrej drodze, a my chcemy wspierać ich w stawaniu na nogi. Dołączy do nich reszta rodziny z Ukrainy: córka Oleny, która jest w ciąży, wraz z dwójką dzieci. Młoda kobieta postanowiła, że poszuka mieszkania w Krakowie, aby być z bliskimi w jednym miejscu.


Natalia, Valeriia, Bogdan, Klaudia, Rehina, Andrzej, Larysa, Dima, Igor, Nikita, Aisza, Sofia, Kristina, Dima

Oto wyjątkowa rodzina z Ukrainy, która uciekła razem przed wojną. Poznajcie Natalię, która przyjechała z córkami: 25-letnią Valeriią, 11-letnią Klaudią i 8-letnią Rehiną oraz 25-letnim synem Andrzejem. Valeriia ma syna Bogdana. Andrzej przyjechał z żoną Larysą i synami: Dimą i Igorem.

Liczna rodzina ukraińska pochodzenia Romskiego, która zamieszkała w ramach projektu „Żyj w Krakowie”

Rodzina pochodzi z Pokrowska w Ukrainie, miasta w obwodzie donieckim. 6 marca 2022 r. zdecydowali, że muszą uciekać. Zostawili wszystko: dom, prosperujący biznes. Rodzina zajmowała się handlem. Z Ukrainy jechali cztery doby pociągiem. Dotarli do Krakowa. Najpierw trafili do punktu pomocy w dzielnicy Nowa Huta. Jak wspomina Natalia, było to centrum sportowe. Wszyscy spotkali się z ogromnym wsparciem. Tak zaczęła się ich historia w Krakowie. Do Salam Labu trafili dzięki polskim Romom, których poznali w naszym mieście. Nasze Stowarzyszenie prowadziło wtedy hostel dla romskich rodzin uciekających przed wojną w Ukrainie, szczególnie narażonych na dyskryminację.

Ostatnio do rodziny dołączyli brat Natalii, Nikita, wraz z żoną Aiszą i 8-letnią córką Sofią, a także ich matka i ojciec, Kristina i Dima. Dziś rodzina jest już bezpieczna, zamieszkała w mieszkaniu, które udało się wynająć dzięki naszemu programowi. „To nowy początek” — mówi Natalia i z radością opowiada o przyjeździe reszty rodziny. Teraz wszyscy razem zaczynają w Krakowie nowe życie. Syn Natalii, Nikita, znalazł już pracę i jest z tego powodu bardzo zadowolony. Dima ma ponad 60-lat i duże problemy ze zdrowiem, ale ma nadzieję, że uda mu się znaleźć dorywcze zajęcie i wspomóc rodzinę. Najmłodsi członkowie i członkinie rodziny pójdą do szkół i przedszkoli. „Jesteśmy bardzo wdzięczni za całe wsparcie, pomoc, za spokój i szansę” – dodaje Natalia. Teraz marzą tylko o tym, by wojna się skończyła. W Ukrainie został mąż i 19-letni syn Natalii.


Nina, Yulia, Yana

Viktoriya, Andriy, Igor, Polina, Milana

Nina oraz jej wnuczki, Yulia i Yana, pochodzą z miasta Wuhłedar w obwodzie donieckim. Miasta, którego, jak mówi rodzina, już nie ma – zostało całkowicie zniszczone w związku z rosyjską inwazją na Ukrainę. Babcia i jej wnuczki dobrze pamiętają 24 lutego i odgłos wybuchów. Tego dnia życie straciło kilka bliskich im osób, w szpitalu było pełno rannych. Rodzina została w domu jeszcze przez kilkanaście dni, ukrywając się w piwnicy. Potem było zbieranie rzeczy w pośpiechu i wyjazd. W Ukrainie zostały dwie siostry Niny.

Po trudnej drodze cała trójka mogła wreszcie odetchnąć z ulgą. Przez kilka miesięcy babcia i wnuczki mieszkały we Włoszech, w Bari. W międzyczasie przyjaciel Yany, który mieszka w Szwajcarii, podesłał jej informacje o Salam Lab i wsparciu przy Radziwiłłowskiej 3 w Krakowie. Rodzina trafiła do Polski, zakwalifikowała się do programu wsparcia długoterminowego „Żyj w Krakowie” i mogła zacząć układać życie na nowo.

I to już w Krakowie Yana świętowała swoje 18 urodziny. Regularnie chodzi też na siłownię, a treningi sprawiają jej ogromną przyjemność. Znalazła pracę jako pomocniczka cukiernika. Wciąż uczy się także zdalnie i rozwija swoje umiejętności w zakresie zarządzania. Z kolei Yulia bardzo lubi swoją nową polską szkołę i jest uczennicą VI klasy. Na pytanie o ulubione przedmioty bez wahania odpowiada: muzyka i angielski. Jak dodaje jej babcia, Yulia ma w Polsce i w nowej szkole tak dużo koleżanek i kolegów, że nie chciałaby wracać do Ukrainy.

Ich babcia bardzo je wspiera. Nina jest jedyną opiekunką swoich wnuczek i dba o to, by niczego im nie brakowało. Wolne chwile spędza na czytaniu. Uwielbia powieści detektywistyczne i regularnie odwiedza bibliotekę Salam Lab.

„Choć czasami bardzo tęsknimy za Ukrainą, lubimy nasze krakowskie życie” – przyznaje zgodnie rodzina. To tu widzą swoją przyszłość. Yana uwielbia spacery nad Wisłą, a Yulia i Nina lubią Wawel. Opowiadają też, że mają bardzo dobrego sąsiada, który regularnie oferuje swoje wsparcie. Zgodnie przyznają, że teraz marzą tylko o tym, by wojna się skończyła i by mogły żyć spokojnie. Młodsza wnuczka dodaje też, że bardzo chciałaby, by jej babcia była zdrowa. Trzymamy za to mocno kciuki!

Kraków stał się nowym domem także dla Viktoryi i Andrieja oraz ich dzieci: 11-letniego Igora, 9-letniej Poliny i 7-miesięcznej Milany, która urodziła się już w Polsce. Rodzina pochodzi z Pokrowska w obwodzie donieckim. Wszyscy zgodnie przyznają, że przed wojną ich życie w Ukrainie było bardzo dobre. Andriej dodaje, że ze względu na to, że rodzina należy do społeczności romskiej, nie spotykała ich żadna dyskryminacja, a mieszkańcy i mieszkanki miasta byli bardzo zżyci. 

Przez pierwszy miesiąc od wybuchu wojny cała piątka, Milana jeszcze w brzuchu mamy, została w Pokrowsku. Gdy w mieście zrobiło się niebezpiecznie, rodzina przeniosła się do Dniepra. W sierpniu wszyscy przyjechali do Krakowa, gdzie mieszkała już mama Viktoryi i jej brat. Tak trafili do Salam Lab i zaczęli układać wszystko od nowa. „W końcu po raz pierwszy od 24 lutego czujemy stabilność. Pracujemy, dzieci chodzą do szkoły” – podsumowuje Andriy.

Igorowi i Polinie bardzo podoba się ich nowa szkoła. Raz w tygodniu chodzą nawet do polskiej klasy. Rodzice przyznają, że gdy sprawdzają dziennik elektroniczny, widzą prawie same piątki i szóstki. Polina uwielbia czytać wiersze i malować, a jej ulubiony przedmiot to matematyka. Igor bez wahania odpowiada, że najbardziej lubi lekcje polskiego. W wolnym czasie rysuje i interesuje się montażem filmów, robi już nawet swoje pierwsze projekty.

Weekendy cała rodzina spędza aktywnie i spaceruje po Krakowie. Viktoriya i Polina uwielbiają Rynek Główny, Igor – Wisłę, a Andriy śmieje się, że lubi całe miasto. Widać, że w Krakowie wszyscy czują się dobrze. 

Nie wiedzą, czy ich mieszkanie w Pokrowsku jeszcze istnieje. Mają jednak nadzieję, że pewnego dnia wrócą do domu w Ukrainie.


Baryalai, Ajmal, Laila, Fatima, Faroqh, Asila, Samad

Baryalai i Ajmal to bracia z Afganistanu. Baryalai pracował jako policjant, Ajmal – jako dziennikarz. Gdy talibowie przejęli władzę w ich kraju w 2021 r., zrobiło się dla nich niebezpiecznie, znaleźli się na celowniku nowej władzy, która wiedziała o nich wszystko. Rodzina musiała się przeprowadzić, żyć w ukryciu. Zwróciła się o pomoc do polskiego rządu, Baryalai współpracował kiedyś z jednym z ministerstw. Bracia zdecydowali, że muszą uciekać. Baryalai nie wyobrażał sobie ucieczki bez swojej rodziny: żony Laili, swoich córek, 13-letniej Fatimy i 7-letniej Asili, oraz synów, 9-letniego Faroqha i 4-letniego Samada.

Gdy talibowie przejęli władzę w Afganistanie, ta afgańska rodzina zwróciła się o pomoc do polskiego rządu. Po przybyciu do Polski zostali pozostawieni sami sobie bez pracy, zakwaterowania, znajomości języka i kultury, bez znajomych.

Cała siódemka trafiła do Polski. Przez 8 miesięcy rodzina żyła w obozach dla osób uchodźczych w różnych częściach kraju. Po tym czasie otrzymali dokument, z którego dowiedzieli się, że muszą opuścić ośrodek. Jak opowiada Baryalai, zostali pozostawieni sami sobie bez pracy, zakwaterowania, znajomości języka i kultury, bez znajomych w Polsce. Usłyszeli, że mogą iść gdziekolwiek. „To było trudne. Nie wiedzieliśmy kompletnie nic” – mówi były policjant.

„Wielu Afgańczyków i Afganek wyjeżdża z Polski dalej, znam osoby, które wracają do Afganistanu. Tu nie mają wsparcia. My zostaliśmy” – dodaje. Ajmal skontaktował się z osobami z Afganistanu mieszkającymi w Krakowie. Tak rodzina dowiedziała się o Salam Lab. Mogli zacząć budować swoje życie od nowa.

Rodzina jest bardzo wdzięczna za całe wsparcie, które otrzymała: od pomocy rzeczowej, także dla dzieci, po ciepłe słowo. Po kilku miesiącach życia w obozach, czuli, że mogli ruszyć do przodu. Dziś koordynatorki szukają mieszkania dla tej afgańskiej rodziny w ramach projektu „Żyj w Krakowie”. Braciom udało się znaleźć pracę. Ajmal stara się o stypendium. Rodzina bardzo chce, aby dzieci mogły zaprzyjaźnić się z polskimi dzieciakami, aby mogły się rozwijać i uczyć polskiego. Szkoła w Polsce bardzo im się spodobała, dzieci spotkały się z dużym wsparciem, empatią i ciepłem ze strony nauczycieli i nauczycielek. Chętnie chodzą też na treningi w drużynie sportowej.

Baryalai mówi, że to bardzo ważny krok w ich życiu po ucieczce z Afganistanu, ponieważ spotykają się z dużą dyskryminacją ze względu na pochodzenie. „Chciałbym, aby pewnego dnia Polki i Polacy zrozumieli, jak bardzo krzywdzące są stereotypy oraz to, że my, Afgańczycy i Afganki, jesteśmy takimi samymi ludźmi, jak reszta. Łączę się z każdą osobą uchodźczą, która musiała uciekać przed wojną” — mówi Baryalai.


Nadia, Bohdan, Daryna, Igor, Alina

Nadia i Bohdan oraz ich dzieci, 17-letnia Daryna, 15-letni Igor i 11-letnia Alina to rodzina z Pokrowska w obwodzie donieckim. Gdy rozpoczęła się wojna, małżeństwo nie mogło w to uwierzyć. Nadia i Bohdan myśleli, że to tylko zły sen, z którego zaraz się obudzą. Zaledwie cztery ulice od ich domu budynki były całkowicie zniszczone. Wśród ich bliskich i znajomych kilka osób zmarło lub zostało rannych. Nadia pamięta moment, gdy towarzyszyła bratowej, która była w ciąży i musiała pójść na wizytę lekarską. Doszło wtedy do wybuchu, a Nadii całe życie przeleciało przed oczami. Bohdan wraz z żoną zgodnie przyznają, że byli przyzwyczajeni do niebezpieczeństwa i czuli, że coś złego może się wydarzyć – w końcu wojna trwa od 2014 roku. Tym razem było jednak inaczej. W połowie marca rodzina zdecydowała, że należy opuścić rodzinne miasto.

Pierwszym ich przystankiem było miasto Dniepr. Rodzina na własnej skórze odczuła tam dyskryminację w związku z romskim pochodzeniem. We wrześniu Nadia, Bohdan, Daryna, Igor i Alina przyjechali do Polski. Wspominają ogromne wsparcie, które otrzymali od polskich wolontariuszy i wolontariuszek w Przemyślu. To oni dali rodzinie namiary na Salam Lab. Tak Nadia i Bohdan wraz z dziećmi trafili do Krakowa, a potem stali się częścią projektu „Żyj w Krakowie”. Dziś mają bezpieczne mieszkanie, pracują, a Daryna, Igor i Alina chodzą do szkoły.

Dzieci mają w Polsce dużo nowych koleżanek i kolegów. Przez cały czas pozostają też w kontakcie z przyjaciółmi i przyjaciółkami z Ukrainy, którzy trafili do różnych krajów Europy. Ich więzi nie zniszczyła nawet wojna. 

Daryna chodzi do polskiej szkoły i uwielbia gotować. Alina jest za to prawdziwą artystką: maluje i tworzy rzeźby z plasteliny. Igor to nie tylko urodzony sportowiec, ale też prawdziwy humanista. Uwielbia przede wszystkim historię. Jak mówi jego tata, można z nim godzinami dyskutować na wiele tematów.

Rodzina lubi swoje krakowskie życie. Zdaniem Nadii Kraków na każdym kroku jest piękny. Cała piątka lubi spacerować po krakowskich parkach, a ich ulubiony znajduje się tuż koło ich bloku. Bohdan dodaje też, że bardzo podoba mu się wielokulturowość tego miasta.

Wraz z żoną podkreśla, że są wdzięczni za spokój i stabilność, które poczuli w Krakowie. Nie wiedzą jednak nawet, co dzieje się z ich domem, a w Ukrainie nadal żyją ich bliscy. Dziś marzą o  powrocie w rodzinne strony i pokoju. „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” – uśmiecha się Bohdan.


Asystentki rodzin

Poznajcie wyjątkowe asystentki rodzin, które wspierają je w budowaniu swojego życia od nowa w Krakowie. Pochodzą z różnych miejsc, wszystkie mają jednak doświadczenie migracji i mnóstwo empatii.


Karolina Domagała

„Moi rodzice dużo podróżowali. Byli bardzo otwarci. Nauczyli mnie, że religie nie mają znaczenia, że wszyscy są równi. Z tą miłością do różnorodności poszłam dalej niż oni. Podróż do Indonezji to był mój pierwszy tak długi wyjazd za granicę z dala od domu. Dostałam się na roczną wymianę w ramach programu sponsorowanego przez indonezyjski rząd. Na Sumatrze uczyłam się głównie o kulturze i sztuce. Każda grupa etniczna ma swoje instrumenty, zwyczaje. Indonezja w moich oczach jest otwarta religijnie-kulturowo. Jest rasizm, jak wszędzie, ale obchodzi się tam święta każdej uznawanej religii.

Indonezyjczycy i Indonezyjki przyjęli mnie bardzo dobrze i ciepło. To tam nauczyłam się odpoczywać. Poczułam wolność. Zobaczyłam jednak, jak działają podwójne standardy. Nie mogłam podróżować z chłopakiem. 

Karolina Domagała

Po roku pojechałam do Dżakarty, stolicy Indonezji. Chciałam się bardzo dobrze nauczyć języka. Ale gdziekolwiek nie poszłam, wszędzie robiono mi zdjęcia. Czasem bez pytania, co było niekomfortowe. 

Jeśli masz wśród znajomych więcej osób białych, od razu podnosi się Twój status społeczny. Indonezyjskie społeczeństwo jest opresyjne wobec Indonezyjczyków i Indonezyjek. Jako biała dziewczyna byłam traktowana lepiej. Warunki ich życia są dla nich trudniejsze. Te doświadczenia zmieniły moje myślenie. Kiedy mieszkałam w górach, nie miałam ciepłej wody. Z zimna nie byłam w stanie się umyć wieczorem. W Dżakarcie było cieplej, rury nagrzewały się od słońca. 

Po dwóch latach wyjechałam do Bułgarii, pracowałam w call center w supporcie z językiem angielskim i indonezyjskim. Uczyłam angielskiego migrantów, m.in. Kurdów, osoby z Iraku, z Wybrzeża Kości Słoniowej. To umocniło mnie w przekonaniu, że chcę pracować z osobami uchodźczymi. Zawsze też dużo działałam wolontaryjnie. 

Po powrocie do Indonezji myślałam o tym, że moje życie jako osoby białej jest dużo łatwiejsze. Widziałam i czułam, jak bardzo niesprawiedliwe jest to, że wiele osób musi pokonać dużo trudności, żeby uzyskać rzeczy, które dla mnie są zwyczajnie dostępne. Ja i mój kolega, Indonezyjczyk, chcieliśmy się dostać na uniwersytet. Potrzebowaliśmy rekomendacji. Ja szybko skompletowałam potrzebne dokumenty. On musiał latać na swoją wyspę. Nikt tam nie wiedział, jak przygotować list rekomendacyjny. Nigdy go nie otrzymał, nie wyjechał na studia.

Nierówność dotyka też Indonezyjki. W podróży poznałam All – niezwykle przedsiębiorczą kobietę, która jest ewenementem, bo utrzymuje całą swoją dużą rodzinę, płaci za studia rodzeństwu.

Skończyła szkołę dla akuszerek, nigdy jednak nie dostała tej pracy, nauczyła się więc masażu. Zaczęła piec torty, które rozsyłała na całe miasteczko, co zapewniło jej dobre dochody. Chciała się jednak od tego uwolnić, żeby mieć czas dla siebie. Wymyśliła krakersy, które sprzedawała w lokalnych sklepach. Otworzyła restaurację, koreańską! Przed swoim domem. Potem musiała pojechać z bratem na inną wyspę, by umożliwić mu transfuzję krwi. Spędzając kilka dni w tygodniu w szpitalu, otworzyła nową restaurację. All nie mówi jednak po angielsku, nie ma skończonych studiów. Gdyby mieszkała w Europie, byłaby CEO jakiejś wielkiej firmy. Szanse, jakie mamy, nigdy nie są równe. 

Dostałam się na studia antropologii kulturowej w Szanghaju. Aplikowałam na pracę socjalną, ale to nie było możliwe, bo to studia tylko po chińsku, chociaż uparłam się, że nauczę się chińskiego w rok. Wcześniej studiowałam chemię. Antropologia to dla mnie ciekawe doświadczenie. Byłam otwarta, ale to pogłębiło zmiany we mnie. Zmieniło i jeszcze mocniej otworzyło myślenie. Dzięki tym studiom zaczęłam więcej rzeczy kwestionować, zadawać więcej pytań o swoją kulturę i swoje podejście. 

Zawsze chciałam pomagać ludziom. Od pobytu w Indonezji wiedziałam, że chcę pracować z migrantami i migrantkami. Dalej mam te marzenia, one są w trakcie realizacji. Kiedy podróżuję, skupiam się na tym, żeby zagłębić się w kulturę miejsca, w którym jestem. W człowieka”.

Karolina robi to też na co dzień, podczas naszej wspólnej podróży, jaką jest Punkt Pomocy na Radziwiłłowskiej 3 w Krakowie. W Salam Lab pracuje z rodzinami uchodźczymi, które są szczególnie narażone na dyskryminację. Jest asystentką w programie „Żyj w Krakowie”. Poza pracą w naszej organizacji prowadzi projekty w wielonarodowościowym korporacyjnym zespole. Współpracuje głównie z osobami z Azji: Indonezji, Malezji, Singapuru i z Chin. 

Otwarta, zawsze ciekawa świata. Każdego, za którym stoi drugi człowiek.


Iuliia Norytsia

„Jestem Ukrainką, z wykształcenia inżynierką. Mieszkaliśmy w Ukrainie. We wrześniu 2015 roku wyjechałam z Ukrainy z moją rodziną. Życie w Ukrainie stało się zbyt trudne. Przeprowadziliśmy się do Krakowa. Przed emigracją byliśmy w tym mieście wiele razy, uwielbiam je. Za każdym razem, gdy odwiedzaliśmy Kraków, musiałam wypić kawę na rynku, zatrzymać się przed pomnikiem Mickiewicza. Tak kojarzyło mi się to miasto. Potem stało się moim nowym domem. Mieliśmy mnóstwo planów i marzeń. Nie zawsze było łatwo.

Gdy Rosja zaczęła inwazję na Ukrainę w lutym tego roku, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Ciągle śledziłam kolejne newsy, doniesienia, czułam bezsilność. Wtedy moja koleżanka napisała na Facebooku o tym, że działa w Punkcie Pomocy „Żyj w Krakowie” przy Radziwiłłowskiej 3. Poczułam, że chcę spróbować, że muszę coś zrobić. 

Iuliia Norytsia

Byłam wolontariuszką od samego początku wojny. Pierwszy dzień był dla mnie bardzo trudny. Ale potem zdałam sobie sprawę z tego, jak ważna jest moja pomoc. Chcę być silna i profesjonalna, ludzie mnie potrzebują. Przy Radziwiłłowskiej działałam w dziale mieszkań. Wolontariat dawał mi bardzo dużo satysfakcji, spędzałam tu każdą wolną chwilę.

Z wolontariuszki stałam się współpracowniczką Salam Lab i dziś jestem jedną z asystentek rodzin w ramach projektu „Żyj w Krakowie”.

Czuję, że naprawdę pomagam tym osobom, ja także kilka lat temu przybyłam do Krakowa i musiałam zacząć od nowa. Teraz dzielę się swoimi doświadczeniami z ludźmi, którzy musieli uciekać przed wojną. Wiem, jak zarejestrować dziecko do szkoły, załatwić sprawy w urzędzie, wiem, jak działają różne rzeczy w Polsce. Teraz wspieram innych w tych codziennych czynnościach, które nie są proste, gdy znajdziesz się w obcym kraju. Widzę, że jest im łatwiej”. 


Marina Lobanova

„Moje doświadczenie migracji pomaga mi lepiej rozumieć rodziny i osoby, z którymi pracuję. Sprawia, że mam wobec nich więcej empatii. 

Przyjechałam do Polski rok temu. Przez cały ten czas miałam wsparcie mojego męża, który mieszka tu od 30 lat. Wyobrażam sobie, że gdybym była tu sama, mogłoby mi być ciężko. 

Urodziłam się w Lesosibirsku nad Jenisiejem (Kraj Krasnojarski w Rosji), całe dzieciństwo i wczesną młodość spędziłam na Syberii, gdzie poza Rosjanami i Rosjankami mieszkają osoby z Ukrainy, Polski, Niemiec, Litwy, Tatarzy, Tuwińcy, starowierzy – głównie potomkowie i potomkinie zesłańców. Różnorodność etniczna, kulturowa i religijna była dla mnie czymś zwyczajnym od samego początku (chociaż życie religijne było w ZSRR zakazane, a pierwsza cerkiew pojawiła się w moim mieście dopiero w latach 90. XX wieku).

Marina Lobanova

Pracowałam w szkole jako nauczycielka historii i nauk społecznych. Tej pracy poświęciłam 26 lat. W 2013 r. przeprowadziłam się do Czeboksar nad Wołgą – moja mama, Czuwaszka, pochodziła z tamtych stron. Od 2017 r. mieszkałam w Petersburgu. Jeszcze na Syberii zaczęłam interesować się historią polskich zesłańców i polską literaturą, szczególnie poezją Szymborskiej i Miłosza. W 2021 r. przyjechałam do Polski i pracowałam w Instytucie Literatury jako redaktorka portalu rosyjskojęzycznego. Rosyjska agresja na Ukrainę zniweczyła jednak plany współpracy kulturalnej z Rosją. W tym trudnym czasie znalazłam swoje miejsce w Salam Lab. 

Bardzo lubię rozmawiać i czytać. Prowadziłam w Krakowie wykłady dla diaspory rosyjskiej o kolonializmie tureckim, polskim, rosyjskim i angielskim. We wszystkim co robię, bardzo zależy mi na tym, żeby budować mosty między kulturami”. 

Ciepła, empatyczna – tak mówią o Marinie współpracownicy i współpracowniczki. Na marynarce i t-shirtach często nosi broszkę przedstawiającą Muminki. To pierwsza książka, którą przeczytała po rosyjsku i pierwsza, którą dawno temu postanowiła przeczytać po polsku. Marina jest asystentką rodzin w programie „Żyj w Krakowie”.