„Mój kraj nie widział w tych ludziach ludzi, tylko »fale nielegalnej imigracji«”. Minęły dwa lata od Usnarza

Jedna z Afganek z kotem na rękach. fot. Paulina Bownik

uchodźczyni z kotem na rękach straż graniczna

To już dwa lata. Przez tyle czasu Polsce nie udało się rozwiązać kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej. Początek sierpnia już na zawsze będzie kojarzył się z Usnarzem Górnym i grupą osób z Afganistanu, którą zawiodło polskie państwo 

„Dwa lata temu w Usnarzu Górnym wraz z grupą osób dobrej woli usiłowałam dostarczyć pomoc humanitarną grupie 32 Afgańczyków i Afganek, w tym kobietom i dwóm osobom nieletnim. Niestety uzbrojeni mundurowi uniemożliwili mi to” – tak wspomina w rozmowie z Salam Lab wydarzenia, od których wszystko się zaczęło, Paulina Bownik, lekarka niosąca medyczne wsparcie na granicy.

To był Abdul, Mohammad i pani Gul, nie bezimienna grupa

Na początku sierpnia 2021 roku w jednej z przygranicznych miejscowości znaleziono grupę osób uchodźczych, przewieziono ich do Usnarza Górnego, postawiono przy granicy i rozkazano im iść na Białoruś. To był pushback – nielegalne wypchnięcie za granicę kraju. Za białoruską granicą stali pogranicznicy, którzy nie pozwolili iść grupie wgłąb lasu. Afgańczycy i Afganki usiedli więc w pasie przygranicznym, między dwiema uzbrojonymi grupami. I tak zostali, przez następne 2,5 miesiąca. 

fot. Paulina Bownik

To nie były bezimienne osoby. Był tam Abdul Hafiz, który zwykle brał na siebie ciężar rozmów telefonicznych z organizacjami pomocowymi. Był Mohammad z Kabulu, który tkał kilimy. Była pani Gul, która mówiła do Polaków i Polek: „znacie z własnej historii, co to znaczy być uchodźcami. (…) Nie masz jedzenia, nie masz domu”.

Kabul, stolica Afganistanu – kraju, z którego pochodzi pani Gul – została zajęta przez talibów zaledwie pięć tygodni wcześniej. Spełniał się mroczny scenariusz: talibowie odzyskali władzę, którą dzierżyli nad Afganistanem w latach 1996-2001, i krok po kroku zmieniali polityczny krajobraz kraju, ograniczając prawa człowieka. Na ulice miała niedługo wrócić policja religijna, a dziewczynkom zakazano chodzić do szkoły. „Wszyscy wiecie, że nie możemy wrócić do swojego kraju. Gdybyśmy mogli, to ani sekundy bym tu nie została” – mówiła 21 września 2021 roku pani Gul przez telefon.

fot. Paulina Bownik

Brak happy endu

W październiku grupa zdesperowanych, zmarzniętych i chorych osób, próbowała sforsować drut kolczasty, którym zostali otoczeni przez służby. Zostali złapani, wsadzeni na pakę i wywiezieni na Białoruś. Jak podaje Piotr Bystrianin, prezes Fundacji Ocalenie, aktywiści, którzy pozostawali później w kontakcie z uchodźcami i uchodźczyniami, nie mogą opowiadać o tym, jak zakończyły się ich historie. Prezes zapewnia jednak, że żadna z nich nie ma happy endu.

„Kiedy opowiadam o Usnarzu, brakuje mi słów” – mówi Salam Lab Kalina Czwarnóg, rzeczniczka prasowa Fundacji Ocalenie. „Nienawidzę wracać pamięcią do tego miejsca, chciałabym o nim zapomnieć, a pamiętam wszystko. Pamiętam sam początek i pamiętam koniec”.

„Kiedy jechaliśmy do Usnarza, myśleliśmy, że to będzie szybka interwencja. Że widocznie tam stoją jacyś mundurowi, którzy nie znają przepisów i nie wiedzą, że nie mogą trzymać ludzi na granicy. W dodatku jechał z nami poseł [Maciej Konieczny – przyp.red.] więc sytuacja była luksusowa. Myśleliśmy, że gdy usłyszą od parlamentarzysty, że łamią prawo, przewiozą wszystkie osoby uchodźcze do placówki, żeby mogli złożyć wnioski” – wspomina Czwarnóg. „Ale nagle okazało się, że polskie państwo potrafi łamać prawa człowieka, stosować nieludzkie traktowanie, narażać ludzkie życie i zdrowie na oczach całego kraju. Przecież media tam były, przez dwa tygodnie, nagrywały, wszyscy wiedzieli, co się tam dzieje”.

Odjeżdżaliśmy, a oni nam dziękowali

„Najgorszy był koniec. Gdy prezydent podpisał decyzję o wprowadzeniu strefy stanu wyjątkowego, musieliśmy się wynieść z pola, na którym stacjonowała Fundacja Ocalenie. 2 września 2021 roku, w przeddzień wprowadzenia strefy, pozbieraliśmy nasze rzeczy, byliśmy gotowi do odjazdu, ale też zdecydowani, żeby zostać do ostatniej minuty przed wprowadzeniem strefy, do kilku minut przed północą. W nocy policja zaczęła ustawiać wozy, na których zamontowane były urządzenia do rozbijania demonstracji za pomocą dźwięku. Stwierdziliśmy, że ważniejsze jest, żeby osoby uchodźcze nie doświadczyły dodatkowego stresu i ok. 23:30 zaczęliśmy się żegnać. Pamiętam, jak tłumacz mówił pani Gul, jej córkom, Mohammadowi i reszcie, że odjeżdżamy. A oni nam wtedy podziękowali”.

Od tamtego czasu aktywiści i aktywistki chodzą po polskich lasach i niosą pomoc. „Przez półtora roku leczyłam w podlaskich lasach chorych, wycieńczonych, okaleczonych, pobitych, wygłodzonych, odwodnionych, ofiary przemocy seksualnej, ponieważ mój kraj nie widział w tych ludziach ludzi, tylko fale nielegalnej imigracji” – mówi Paulina Bownik. Osoby w drodze nadal giną w podlaskich lasach i na bagnach. W zeszłym tygodniu odnotowano śmierć 50. ofiary nieudolności polskiego państwa, Egipcjanina.

„Te osiemnaście miesięcy zmieniły wszystko. Moje życie, moją rodzinę, moja pracę, mój sposób postrzegania świata. Ludzie z Usnarza Górnego, którym nie udało się pomóc, zostaną ze mną na zawsze. To ofiary polskiego rasizmu, ksenfobii i nacjonalizmu. To ludzie z ogarniętego brutalnym reżimem kraju, których prawa złamaliśmy” – mówi Bownik.



Najnowsze publikacje