dwa żółwie siedzą na beżowym murku

Chłopiec, który hodował żółwie

W 2024 Izrael zdewastował 1768 budynków należących do Palestyńczyków, 4265 osób zostało bez dachu nad głową. To codzienność wielu rodzin

Samodewastacja, samodezintegracja, samounicestwienie domu – nie ma w języku polskim odpowiedniego słowa. Brzmi, jakby dom sam się niszczył i poniekąd tak jest, bo jak rozdzielić dom od jego mieszkańców? Po angielsku brzmi to jednak lepiej: self demolition. Wydaje się to absurdalne, bo oto mieszkańcy domu biorą do ręki młoty, wiertła i niszczą, rozbierają najpierw dach, a następnie ściany. Stają nagle przeciwko temu, który ich chronił. Ale to nie ich decyzja. To decyzja okupanta. Można pozwolić wjechać buldożerom i liczyć się z tym, że nie zostanie kamień na kamieniu, a potem przyjdzie jeszcze wysoki rachunek. A jeszcze może się okazać, że w lepkich rękach niszczycieli zniknęło rodowe złoto, czy pieniądze. Trzeba się też liczyć z tym, że tego dnia o świcie wszystkich sąsiadów obudzi z setka wojskowych blokujących ulicę, żeby pokazać swoją siłę i zagrać do końca ten spektakl przemocy i władzy. I wtedy możesz wybrać. Trochę tak, jak z samobójstwem, kiedy sprawczość powoli pikuje ku absolutnemu zeru.

Występują: 

Chłopiec, powiedzmy Yasin, lat 16, o dziecięcym wyglądzie

Ojciec chłopca – niewysoki mężczyzna koło 50-tki

Matka chłopca – nie widzimy jej twarzy

Druga żona ojca chłopca, matka dwóch starszych chłopców – pojawia się tylko w opowieści 

Jazan – najstarszy syn pierwszej żony

Ibrahim – środkowy syn pierwszej żony 

Trzy żółwie

Dom

Osoby spoza tej historii: ja, T., kierowca.  

Samochód z trudem pnie się pod górę. Przy drodze przyklejone do wzgórza małe domki z byle czego, po drugiej stronie widok na świat w ruinie, góry śmieci, miasto — złota Jerozolima. Późne popołudnie. 

Samochód hamuje, otwierają się drzwi, słychać przez chwilę arabskie disco, niesie się w dolinie jak w amfiteatrze. Po chwili milknie. Teraz słychać gdzieniegdzie psy, gdzieś tam pokrzykiwania dzieci. 

Osoby spoza historii wchodzą za wysoką bramę. Czekają tam na nich ojciec i chłopiec. Wymieniają powitania. Ojciec z ręką na sercu, lekko mi się kłania. 

Ojciec: Zaprowadź państwa.

Yasine prowadzi osoby spoza historii w prawo. Stają na chwilę przed zieloną furtką. Wszystko jest widoczne. Furtka jest abstrakcyjną bramą donikąd, wyzbytą ze swej pierwotnej funkcji — już niczego nie chroni ani nie skrywa. Wszystko już widać. A jednak jest ta chwila przy furtce. Zatrzymujemy się i czekamy, aż zostaniemy wpuszczeni. W końcu Yasine popycha ażurową konstrukcję i wszyscy wchodzą do środka. 

I wszyscy wchodzą na scenę. Choć może już na niej są od momentu, kiedy wjechali na górę samochodem, albo w pierwszej scenie widzimy zaparkowany samochód. Drzwi się otwierają i słychać arabskie disco. Ale to może jednak były nadal kulisy, a teraz już nie ma żartów. Napięcie jest wysokie, pocą mi się ręce. Pocieram jedną o drugą. Nigdy jeszcze nie byłam w takiej sytuacji. 

Czas start. 

Światła. 

Widać gruzy, jakby w dom uderzyła bomba.

Ja spoza historii: nie mogę oderwać wzroku od tej de-kompozycji, łóżko małżeńskie pośród gruzów. W tle odsłonięty fragment fioletowej ściany pokoju jednego z chłopców. To, co prywatne, staje się publiczne, to co ukryte ujawnia się, patrzymy tam, gdzie nie powinniśmy patrzeć, ale takie jest nasze zadanie, zadanie osób spoza historii. Witness eyes — jak te murale w dzielnicy Silwan, dzielnicy wyburzeń i oporu. 

Opowieść. Słowa rekonstruują minione, moja ręka na ramieniu tego pana, bo w oczach stają mu łzy. Nie mogę oderwać oczu od twarzy Yasina. Jego twarz nie ma wyrazu. Potem znajduję film na Instagramie. Widać na nim, jak Yasine dzielnie operuje maszyną, która zamienia ich dom rodzinny w gruz. A teraz chodzi po tych zgliszczach w te i z powrotem. Jego twarz nie wyraża już niczego. 

Patrzę na jego spodnie od dresu, całe uwalane tynkiem i pyłem, na czarną kurtkę, na której osiadł biały proch. Yasine chodzi w tę i z powrotem, wdrapuje się na małe wzniesienia, a potem z nich schodzi. I tak w kółko. 

Przemyka kobieta w czerni — jedna z matek, jedna z żon, ale nie wiadomo która. 

Schodzimy ze sceny. Zielona furtka zostaje jednak uchylona. Już nigdy do końca stamtąd nie wyjdę. W środku mam zawiązany supełek, żeby nie zapomnieć. 

Fot. Za furtką gruzowisko, które było domem, aut. Joanna Sarnecka

***

Nie wiem, dlaczego chciałam tej historii nadać formę dramatu? Po co chciałam ją utrefić w dialogi i didaskalia. Chyba po to, żeby się od niej trochę odsunąć i nie czuć tego, co czuję, kiedy myślę o twarzy Yasina, kiedy myślę o łzach jego ojca i zaciśniętych zębach jego brata. I o widoku na świat z tego wyjątkowego miejsca. Może lepiej być osobą spoza historii w tej sytuacji, jedną z nieistotnych postaci, które wchodzą na scenę tylko na chwilę, jako pewne narracyjne decorum, a potem znikają, a historia bez nich radzi sobie całkiem dobrze, albo po prostu rozpływa się w niebycie, jak wtedy, kiedy gasną światła. 
Spróbuję się teraz do tej historii przysunąć. 

Nie chce się stąd odejść

https://salamlab.pl/pl/nakba-mija-77-lat-od-katastrofy/

Jabr Al-Mukabbir, dawniej część podjerozolimskiej miejscowości Silwan. Dziś dzielnica miasta. Widok stąd jakby się było na dachu świata. Na naszych oczach zachodzi słońce i złoto leje się z nieba na biedne domki w dolinie i domy settlersów – osadników, jak wycięte z katalogu i komputerowo zmultiplikowane. Kopiuj – wklej, kopiuj – wklej – to się tu dzieje każdego dnia.

Złoto spływa z niebios na kopułę meczetu Al-Aksa otoczoną koronką kamienic starego miasta, tam, w oddali, za doliną. Można odnieść wrażenie, że niebo łączy się ze złotą kopułą, może samo staje się kopułą wielkiego kosmicznego meczetu, w którym jesteśmy i my, i te wszystkie nieszczęścia. Na chwilę dokonuje się przemienienie.

Ale zaraz wszystko zgaśnie i zanim nastąpi to przemienienie, ten oczekiwany cud, nadejdzie noc, wiele nocy, całe godziny ciemności i chłodu. Ale teraz siedzimy pod oliwnym drzewkiem, pijemy kawę z miniaturowej zastawy i dech nam zapiera. 

– Nie chce się stąd odejść, choćby ze względu na ten widok – mówi właściciel zburzonej posesji, mężczyzna koło 50-tki. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, powitał nas on i jego najmłodszy, szesnastoletni syn. Chłopiec był brudny. Na kurtce i ciemnych dżinsach osiadł biały pył. To on, razem z ojcem, rozebrali większą część domu. Własnymi rękami. Ktoś z okolicy, pewnie z bezradności, nakręcił film i wrzucił do sieci. Widać na nim jak mimo młodego wieku i drobnej postury Yasine sprawnie obsługuje urządzenie, które rozbija na kawałki najpierw zbrojony strop, a potem ściany. 

Fot. Widok z Jabal Al Mukkabir, aut. Joanna Sarnecka

Furtka jest przymknięta, bo wciąż jeszcze jest tu czego bronić. Zostało jedno pomieszczenie. Część domu z czasów, kiedy była tu jeszcze Jordania. Teraz to jedno pomieszczenie musi wystarczyć wszystkim: ojcu, jego dwóm żonom i trzem synom. Nie ma toalety ani kuchni. Wszystko teraz musieli zaimprowizować na zewnątrz. Całość grozi zawaleniem. 

Chłopiec na gruzach

https://salamlab.pl/pl/okupacja-jest-jak-fala-czasem-sie-nasila-czasem-odplywa-ale-trwa/

– Dzień przed tym, jak dostaliśmy nakaz rozbiórki, wreszcie udało mi się zorganizować sobie biurko i przestrzeń do nauki – mówi jeden ze starszych synów, 22-letni Jazan. Jest napięty jak struna. Ma wilgotne dłonie i zaciśnięte szczęki. Mówi przyciszonym, spokojnym głosem, z szacunkiem. Jesteśmy gośćmi, a to nawet dziś, w obliczu tej sytuacji, to świętość. Pijemy kawę na gruzach, w maleńkich, delikatnych filiżankach. Po drugiej stronie otwiera się widok na złotą od słońca Jerozolimę.

Jazan studiuje prawo, podobnie jak jego brat Ibrahim. On będzie pomagał palestyńskim rodzinom walczyć o prawa do własności do ziemi. Jego brat zajmie się wspieraniem torturowanych palestyńskich więźniów, którzy są przetrzymywani w nieludzkich warunkach.

A teraz wchodzimy przez zieloną furtkę i trafiamy na gruzowisko. W kącie leży wywrócone małżeńskie łoże. Wydłubuję z ziemi szklane kulki Yasine’a, takie do zabawy. Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie, że kolorowe pasemka w środku to inne galaktyki. Chciałoby się stąd uciec przed ciężarem smutku i ogromem frustracji, która wypala wszystkie inne uczucia. 

Po gruzach wspina się milczący Yasine. Ma nieruchomą twarz, na której nie widać żadnych emocji. Myślę o tym, jak może czuć się nastolatek, który własnymi rękami, razem z bezradnym wobec przemocy ojcem, rozebrał rodzinny dom. Nie ma pomocy psychologicznej, nikt nie spieszy na ratunek ludziom w zagrożeniu, świat nie grzmi. Świat milczy i zajmuje się sobą. 

A to codzienność wielu rodzin. W 2024 Izrael zdewastował 1768 budynków należących do Palestyńczyków, 4265 osób zostało bez dachu nad głową. Dzień jak co dzień, kolejna taka historia. Myślę, co będzie z tym chłopcem, z jego bólem, frustracją, z jego poczuciem godności.

Ojciec opowiada nam o tym wszystkim i nagle łzy stają mu w oczach. Głos się łamie. Nie wiem, czy to zgodne z zasadami, ale kładę mu rękę na ramieniu i patrzę w oczy, chcę, żeby się oparł na mnie na chwilę i poczuł ulgę. Stajemy razem w totalnej ciemności i smutku. Nie mam poczucia, że moja obecność cokolwiek zmienia. Jestem tu w charakterze świadka, nie mam żadnych propozycji ani rozwiązań, nawet koca NRC, ani herbaty. Nie mogę zrobić nic. 

Chwilę milczymy.

Rodzina żółwi

– Moja matka miała wcześniej innego męża – mówi Jazan – faktycznie ktoś inny jest moim ojcem, ale on zawsze o mnie dbał, zawsze mówiłem do niego: tato. Bo jest moim tatą. Byliśmy z bratem w wieku Yassine’a kiedy nasza matka za niego wyszła. Od razu dbał o nas i starał się powiększyć dom, żeby każdy z nas miał swoją przestrzeń. Potem jeszcze urodził się Yassine. Dobrze nam się tu mieszkało – dodaje. – Wielokrotnie płaciliśmy kary, żeby pozwolili nam tu zostać. To bardzo wysokie kwoty. Ale w listopadzie przeszedł nakaz rozbiórki. Woleliśmy zrobić to sami i uratować co się da.  

To dramatyczna decyzja. Kto chciałby rozebrać własnymi rękami rodzinny dom? Ale gdyby tego nie zrobili, miasto wysłałoby buldożery, a po domu i jego zawartości, której nie zdążyliby wynieść, nie zostałoby nic. A potem przyszedłby jeszcze rachunek za pracę robotników, którzy – co czasem się zdarza – mają też lepkie ręce i korzystają z okazji, żeby to i owo sobie przywłaszczyć. 

– W ciągu miesiąca przyjdzie kontrola – mówi ojciec. – Przyjdą sprawdzić, czy wystarczająco zniszczyliśmy nasz dom. 

Znowu milczymy. Patrzymy na gasnącą powoli Jerozolimę, Al-Qds po drugiej stronie ciasnej doliny i dopijamy kawę. 

Ale wróćmy jeszcze za zieloną furtkę. W kącie, pod drzewkiem cytrynowym widzę żółwia. – To twój? – pytam Yassine’a. Kiwa głową i lekko się uśmiecha. Podnosi zwierzę i stawia na resztce murku. Z gruzów wyciąga jeszcze dwa żółwie. Jeden jest wyraźnie mniejszy. Wyglądają trochę jak rodzina. 

– Ale im dobrze – mówię – zawsze mają przy sobie swój dom. Dobrze byłoby być żółwiem. 

Przecież to nasza ziemia

Starszy syn prowadzi nas drogą ponad domem, ponad maleńkim meczetem, który właśnie rozświetla się na zielono. – Zupełnie jak na granicy – myślę – zielone światełka miały dawać nadzieję, kierować ku bezpiecznym miejscom.

Z głośnika słychać śpiew muezina. W tym samym czasie płyną podobne modły z innych meczetów i tworzy się niezwykła kompilacja głosów, harmonii i dysharmonii, momentami łącząca się w smętny przeciągły skowyt, czasem rozplatająca w różne, odrębne modulacje. Nie po raz pierwszy myślę o tym, że kiedy wreszcie wszystkim jerozolimskim muezinom uda się wyśpiewać modlitwę razem, i zamiast tej kakofonii popłynie wspólna pieśń, skończy się świat. To jest zadanie, do którego przystępują pięć razy na dobę. Próbują, ale wciąż na marne, nadal zamiast majestatycznej i świętej harmonii iskrzą i zgrzytają sekundy. Tego dnia pojawia się też informacja, że Izrael chce zakazać nagłaśniania śpiewu muezinów. Pojawia się, ale na szczęście potem znika. Miała nastraszyć, pokazać kto tu rządzi. 

– Ojciec przeznaczył kawałek ziemi pod meczet. Pomagał go budować. Pomieszczenie było bardzo małe, ludzie się nie mieścili, więc jakiś czas temu postanowiliśmy dobudować jeszcze jedną salę – pokazuje na kolumny sterczące z kamiennej podłogi. – Niestety, któregoś dnia przyszła policja i zabroniła nam budować. 

Idziemy dalej. W dole kolejne gruzowisko, a obok puste beczki po paliwie, jakieś deski, śmieci. – Tu był dom wspólnika ojca – tłumaczy Jazan. – Własnymi rękami go budowałem razem z innymi, a niedawno własnymi rękami go rozbierałem. Popatrzcie tam — wskazuje na duży solidny budynek nieco niżej — osadnicy kupili od kogoś ten dom. Budowany tak samo jak wszystkie tu, nie miał żadnych specjalnych pozwoleń, których teraz oczekują. Ale im wolno. Oni nie muszą się tłumaczyć. Nikt ich nie wyrzuci, nie nakaże rozbiórki. Zresztą nikt w tym domu nie mieszka. Ochrona tylko pilnuje. Ale tam – pokazuje na drugą stronę doliny – powstaje całe osiedle osadników. Przeszkadzamy im tu. Chcą, żeby nas tu nie było, a przecież to nasza ziemia. 

Na pustych posesjach walają się śmieci. Okazuje się, że ten pozorny nieład to przemyślane zabezpieczenie. Jeśli nie widać, że na twojej działce coś się dzieje, teren przechodzi w ręce Izraela. Dlatego trzeba postawić tam niesprawny samochód, albo beczki po oleju, cokolwiek. I najlepiej co jakiś czas zmienić kompozycję, odświeżyć krajobraz rozpadu. 

Robi się ciemno i chłodno, wracamy. Po drugiej stronie drogi wzgórze porasta rzadki iglasty las. – Las jak u mnie w kraju – mówię. 

– Dokładnie taki był zamysł – tłumaczy Jazan. Trzydzieści lat temu sadziły ten las izraelskie dzieci. Jeden z rodzajów prawa, który tu zastosowano, mówi, że kto posadzi drzewo, do tego należeć będzie teren. Sprytnie, ale i strasznie, bo wykorzystano niewinne dzieci. Zawsze pytałem ojca o to, co to za drzewa, bo tu nigdzie takie nie rosną. Okazuje się, że to gatunki z Europy. 

Z utopii w piekło

Przypomniało mi się, że w Warszawie, na Grochowie istniał eksperymentalny kibuc. Chodziło o przygotowanie ludzi do życia w Palestynie. Teraz myślę, że to był od początku potężny projekt inżynierii społecznej, bezwzględny eksperyment polityczny oparty na eksterminacji miejscowej ludności, na eksterminacji tego, co miejscowe, w tym środowiska. Czy wtedy zapaleńcy sadzący warzywa na dobrej warszawskiej ziemi już to wiedzieli? Powracam do tego myślami następnego dnia, kiedy na ulicach starego miasta spotykam bandę osadników z karabinami. Mam pewność, że jak wiele eksperymentów społecznych, także i ten, zakończył się fiaskiem. Utopia na naszych oczach zamienia się ostatecznie w piekło. A raczej była tym piekłem od 1948, kiedy rozpoczęto historię Izraela od czystki etnicznej zwanej przez ludność miejscową Nakbą, czyli katastrofą, podczas której z powierzchni ziemi zniknęło około 600 zamieszkałych przez arabską rdzenną ludność wsi. 

Myślę o tak chętnie do politycznych celów wykorzystywanej biblijnej historii Izraela. Zawsze była to dla mnie historia fatalnych pomyłek, działań nieuprzedzonych myśleniem i rozpoznaniem, historia boskiej cierpliwości wobec plemienia wiecznych niedojrzałych dzieci, które Bóg cierpliwie dyscyplinował i którego awantury i odstępstwa znosił. Z pewnością jest to po prostu historia ludzkości, w której warto, nie tylko w Izraelu, przeglądać się i badać. 

Dopijamy kawę. Ustawiam drobne filiżanki na tacy. Gdyby w tak prosty sposób można było ustawić rozsypane elementy i odbudować dom. Dom z porcelany. Czas wracać. Nasza bezowocna obecność zaczyna ciążyć. Świadkowie nie przynoszą ulgi. To tylko oczy, patrzą na zło i ból, i stratę. Wiem, czuję to dobrze. Jeszcze rzut oka na kompozycję gruzu za zieloną furtką, ogród żółwiej rodziny. Nad wywróconym małżeńskim łożem pochyla się cytryna. Owoce są już dojrzałe. Żegnamy się z rodziną. Yassine macha nam, kiedy odjeżdżamy. Szukam śladu uśmiechu na jego twarzy.

Joanna Sarnecka – antropolożka kultury, badaczka, zaangażowana w pomoc humanitarną na granicy polsko-białoruskiej oraz w kwestie obrony praw człowieka w kontekście przymusowej migracji. Członkini kolektywu Queer without Borders. Jest także artystką, zajmuje się performancem i sztuką opowieści. W ramach założonej przez siebie grupy Opowieści z Walizki, od dwóch lat prezentuje spektakl narracyjny „Wędrówka Nabu”, na motywach bajki Jarosława Mikołajewskiego o sytuacji dzieci w drodze oraz prowadzi warsztaty o przyczynach migracji. Przygotowała także perfromance butoh „LifeLocation” ku czci osób, które zginęły na granicy polsko-białoruskiej, pokazywany m.in. na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Butoh, BUTOHPOLIS. Autorka książek literackich, tekstów piosenek, wierszy i tekstów krytycznych.

Podobne wpisy